— Oh, wybacz. Miałem na myśli potencjalny spory ruch, nie jakieś podejrzane typy. W końcu Horyzontalnej bliżej do Pokątnej niż Nokturna. — Uśmiechnął się przepraszająco.
Cholera, powinienem się wyrażać bardziej zrozumiale, pomyślał, przeklinając w myślach własną subtelność. Cóż, może w takim razie powinien być bardziej konkretny i przejść do rzeczy... Tylko małymi kroczkami?
— Całkiem możliwe — odparł powoli, uważnie ważąc słowa, po krótkiej, acz dosyć znamiennej chwili ciszy. Zależało mu na tym, aby przez tą pauzę podkreślić, że do samego końca tliła się w nim nadzieja, że jednak nie zostanie rozpoznany. — To pewnie była Czarownica. — Spuścił wzrok jakby nieco speszony. — Erik Longbottom tudzież, jak wolą dziennikarze, „Najdroższy czarodziej Wielkiej Brytanii.
Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy te słowa opuściły jego usta. Aż go skręcało z zażenowania. Przez większość czasu używał tego tytułu prześmiewczo, zazwyczaj kpiąc przy tym z przedstawicieli współczesnych mediów. Miał jednak przed sobą wybór: mógł przedstawić się jako brygadzista, który ledwie kilka tygodni temu publicznie określił Śmierciożerców mianem terrorystów lub jako rozchwytywanego kawalera, o którego zabijali się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Jak by na to nie spojrzeć, dla dobra śledztwa, ta druga opcja dużo lepiej wpisywała się w rolę, jaką Brenna wymyśliła Erikowi.
— Miło poznać. — Uśmiechnął się szeroko. — Tylko proszę, Lily, nie wzywaj dziennikarzy, dobrze? — Ponownie złożył ręce jak do modlitwy, wpatrując się w dziewczynę błagalnym wzrokiem, coraz bardziej przypominając golden retrievera w ludzkiej formie. — Albo przynajmniej poczekać, aż zjem, dobrze? Chciałbym jeszcze wypić kawę w takim atrakcjnym... dobrym! Dobrym towarzystwie.
Wbił widelczyk w ciasto, ponownie uciekając wzrokiem od dziewczyny. Czy rola nieśmiałego, nieco nieogarniętego celebryty w tym przypadku wyjdzie mu na dobre? Niektóre kobiety lubiły ten typ, a w tym momencie Erik podkręcał pewne cechy charakteru do poziomu 8/10. Przesada? To się sprzedawało w prasie, a ludzie z ulicy raczej nie znali go takim, jakim był w otoczeniu rodziny i przyjaciół, a właśnie z tabloidów.
— Ekhm... A więc mówisz, że właścicielki praktycznie tu nie wpadają? — podjął znowu temat. — Musi być miło na co dzień. Brak gadania o małej ilości zamówień, grożenia wywaleniem, popędzania... Można pracować we własnym tempie. To jest, o ile nikogo tu nie wysyła na przeszpiegi czy coś w tym stylu. Wiesz – narzeczonego, córki, syna, kuzyna brata dziadka.
Pokręcił głową z rozbawieniem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞