Nie sądziła, że ktoś mógłby być o nią zazdrosny i lepiej, żeby nie wiedziała, że coś takiego roiło się w głowie starszego Prewetta. Zazdrość w jej oczach bardzo ograniczała relacje międzyludzkie, bo wtedy zakazywało się wielu rzeczy, a Elaine lubiła sama o sobie decydować. Dlatego zawsze denerwowała się na Alexa, gdy próbował układać jej życie.
– Oh! Alex to mój starszy brat, to dzięki niemu mam tę rodzinę – uśmiechnęła się szeroko. Tak, to właśnie on ściągnął ją z ulicy tutaj, ale Elaine niewiele pamięta z tamtego okresu. Miała tylko cztery latka, więc całe wspomnienie wstąpienia do cyrku zamazało się jej z biegiem lat i nie była w stanie o tym wydarzeniu zbyt wiele powiedzieć.
– Ale mnie nie zaakceptowałbyś jako żonę dla twojego dziecka, prawda? – uśmiechnęła się zadziornie patrząc na niego z delikatnie zmrużonymi oczami. Uśmiechała się wręcz figlarnie, pogrywając sobie z całą ideą czystej krwi. W końcu jego rodzina nie miała fioła na punkcie unicestwienia mugolskich czarodziejów, ale nadal należał do tych, co szczycili się posiadaniem rodowodu bez skazy.
– Oh, widziałam. Ostatnio poznałam Laurenta... – zawiesiła głos i uświadomiła sobie teraz, że miał tak samo nazwisko jak jej rozmówca. – Oh! Ale jestem głupia! On ma twoje nazwisko. Może go znasz? Może to twoja rodzina? – zapytała, ale nie dała mu szansy na odpowiedź. – Byliśmy na pikniku i przyleciał na abraksanie. Cudowne są te konie – rozmarzyła się delikatnie wspominając zwierzę, na którym przyleciał.