Flynnowi wydawało się, że przywykł już do występowania, ale w to lato przyszło mu w to ostatecznie zwątpić. Potrafił to robić, widział te rzędy wlepionych w siebie oczu i wiedział, że robi to dobrze, a każdy kolejny etap jest dla widowni coraz bardziej zajmujący. The Edge był postacią lubianą i popularną pośród innych wykreowanych przez Bellów person, ale... No właśnie - był postacią. Znajdujący sie pod maską człowiek to zupełnie inna bajka. On lubił samotność, rozmowy w cztery oczy. Kiedy tylko pojawiał się ktoś trzeci, stawał się wybitnie nerwowy, a na arenie ręce pociły mu się tak bardzo, że czasami dla pewności wspomagał się magią, bo stresowała go wizja upadnięcia Layli na podłogę, gdyby popełnił jakiś błąd. Z tego powodu do wozów odchodził zwykle bardzo sfrustrowany, a napięcie sprzed chwili musiał wpierw rozchodzić. W Londynie nie mógł wybrać się nigdzie daleko, bo nie chciał przyciągać jeszcze więcej uwagi, więc ostatnio zamiast długich spacerów wybierał po prostu stanie i palenie przy wozie Alexandra tak długo, aż ten do niego nie wrócił. Dobrze, że mieli tak wzorzyste maski, bo gdyby ktokolwiek miał ujrzeć idącą za tymi trikami mimikę twarzy, to pewnie odmawialiby pacierz przed każdym rzuconym nożem.
Dzisiaj nie przyszedł tu z nim absolutnie nikt. Al domykał to wszystko jako zarządca do późnych godzin wieczornych, a inni mieli lepsze zajęcia niż towarzyszenie komuś takiemu jak Flynn. Jedynym remedium miało więc być typowe zrzucenie z siebie stroju tak szybko jak się dało i znalezienie porzuconej gdzieś na stoliku przy wozie paczki papierosów. Kiedy zastała go tutaj Loretta, miał na sobie tylko szybko zarzucone spodnie, ale nie wzdrygnął się na jej widok - zamiast tego zmierzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem i zmarszczył brwi.
- Dobrze ci radzę, nie podchodź bliżej - powiedział, od razu biorąc ją za kogoś, kto nierozważnie się na ten teren włamał.
Jego twarz nie mówiła wiele, nie niosła ze sobą echa zapisanego w gazetach. Jej natomiast mówiła wszystko. Nie znać Lestrange, to jak nie znać jakiegoś Ministra, a on się za dobrze orientował w rzeczywistości, żeby mu umykały takie rzeczy. A więc była czarodziejką, artystką. Ale taką spoza jego ligi. Ona była martini pitym w jakiejś obrzydliwie nudnej galerii sztuki, do której wszedłby co najwyżej żeby ją okraść, on był wirującym ogniem sztuki ulicznej, w której nikt się artystą nie nazywał, bo brzmiało to bardziej jak przytyk niż komplement.
Dzisiaj nie przyszedł tu z nim absolutnie nikt. Al domykał to wszystko jako zarządca do późnych godzin wieczornych, a inni mieli lepsze zajęcia niż towarzyszenie komuś takiemu jak Flynn. Jedynym remedium miało więc być typowe zrzucenie z siebie stroju tak szybko jak się dało i znalezienie porzuconej gdzieś na stoliku przy wozie paczki papierosów. Kiedy zastała go tutaj Loretta, miał na sobie tylko szybko zarzucone spodnie, ale nie wzdrygnął się na jej widok - zamiast tego zmierzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem i zmarszczył brwi.
- Dobrze ci radzę, nie podchodź bliżej - powiedział, od razu biorąc ją za kogoś, kto nierozważnie się na ten teren włamał.
Jego twarz nie mówiła wiele, nie niosła ze sobą echa zapisanego w gazetach. Jej natomiast mówiła wszystko. Nie znać Lestrange, to jak nie znać jakiegoś Ministra, a on się za dobrze orientował w rzeczywistości, żeby mu umykały takie rzeczy. A więc była czarodziejką, artystką. Ale taką spoza jego ligi. Ona była martini pitym w jakiejś obrzydliwie nudnej galerii sztuki, do której wszedłby co najwyżej żeby ją okraść, on był wirującym ogniem sztuki ulicznej, w której nikt się artystą nie nazywał, bo brzmiało to bardziej jak przytyk niż komplement.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.