12.11.2023, 14:42 ✶
Może i Olivia nie wyglądała pięknie, ale błysk w jej oku gdy tylko mężczyzna przyszedł ją odwiedzić był piękny. Ogromna szkoda, że ruda nie zdawała sobie sprawy jak wielkie miała delulu w towarzystwie Laurenta. Ale dzięki temu mężczyzna mógł zrozumieć, że tak naprawdę to sobie wcale nie nagrabił. Olivia była osobą... dość lekkomyślną. Emocjonalną na pewno, chociaż pełni jej emocji nie miał jeszcze okazji poznać. I naprawdę bardzo szybko zapominała. Czuła żal, że ją odtrącił, ale jednocześnie nie miała mu za złe, że próbował ją odesłać do szpitala. Zwłaszcza że przecież jej stan jednoznacznie wtedy wskazywał, że powinna udać się do Munga niezwłocznie. Głupio zrobiła, stawiając na swoim, ale taka już była. I była też taka, że już nie pamiętała, że na niego naburczała. Nie przyszło jej nawet do głowy to, że Laurent mógł się przejąć jej humorami i myśleć, że ma do niego żal. Dla niej ta sytuacja miała całkiem inny odbiór i wydźwięk, niż miała ją w głowie Prewetta.
- Za co? - zapytała odruchowo, zamierając w bezruchu z jedzeniem w ręce. Zmarszczenie brwi i pojawienie się płytkich zmarszczek na czole sugerowało, że naprawdę dziewczyna nie ma pojęcia, o czym Laurent mówi. - A podejrzewałeś?
Ona podejrzewała. I miała swój rozum, mogła odmówić przecież. Opuściła wzrok i otworzyła pudełko. Ona, w przeciwieństwie do Prewetta, była obdarzona brakiem wstydu jeśli chodzi o jedzenie. Duża część społeczeństwa wstydziła się jeść przy kim czy chociażby jeść w samotności wśród tłumu. Olivia miała w sobie wiele wstydu, ale na jej szczęście nie dotyczył on jedzenia. Co nie znaczyło, że teraz będzie mówić z pełną buzią czy mlaskać. Bo i takie osoby były, ale na szczęście dla nich samych Olivia do tego grona nie należała.
Nie wpadła na to, że mogła umrzeć. Najzwyczajniej w świecie po prostu o tym nie pomyślała. Ot, stało się, ktoś miotną w nią zaklęciem a ona uderzyła z całym impetem w drzewo. Nie było to miłe, ale też nie było zagrożeniem życia. Jej mózg bronił się przed dostarczeniem informacji o tym, że sprawa była znacznie poważniejsza i gdyby nie abraksamy, które zainteresowały mężczyznę, to mógł ją zgnieść jak robaka i wydusić z niej ostatnie tchnienie.
- Śmierciożercy? - przełknęła kawałek jedzenia z miną, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Cóż...
Ręka trzymająca widelec jej zadrżała, a Olivia pobladła. Powoli docierało do niej, że miała więcej szczęścia niż rozumu. Zaraz jednak potrząsnęła głową i wróciła do jedzenia.
- Cieszę się, że nikomu nic się nie stało. A ja przynajmniej wiem, że powinnam popracować nad zaklęciami i refleksem. Mam chyba więcej szczęścia, niż sądziłam - odparła lekko, odpychając od siebie strach. Już było po wszystkim i była bezpieczna. Ale to dało jej do myślenia. Gdyby nie zjawili się w porę i gdyby nie trafiło na nią, to jej ojciec mógłby nie żyć. Olivia powoli odstawiła jedzenie, wciąż blada jak ściana. Do tej pory nie podejrzewała, że praca w Ministerstwie ze zwierzętami mogła być aż tak niebezpieczna. Owszem, magiczne bestie bywały niebezpieczne, ale to był inny rodzaj zagrożenia niż banda psycholi, którzy uważali, że wszystko im wolno. To był dopiero początek i czuła to w kościach. Będzie musiała porozmawiać z ojcem. - Cieszę się, że Abby żyje, to mogło się skończyć dużo gorzej niż kilkoma siniakami, które mam.
Zauważyła, przecierając twarz dłonią. Co za dzień, co za czasy. Co za ludzie. Dlaczego to robili? Do tej pory Olivia raczej podchodziła do tej całej sprawy z dystansem, ale takie oficjalne ataki były niepokojące nie tylko dla niej, ale dla całego magicznego i niemagicznego społeczeństwa.
- Wracając do tematu - nie masz za co przepraszać. Ja też nie byłam z tobą do końca szczera. Podejrzewałam animaga od początku, a zachowanie hipogryfów wydawało mi się podejrzane. Powinnam ci była o tym powiedzieć, ale podejrzewałam, że Abby może być pod wpływem zaklęcia lub po prostu przegiął ze swoimi... Próbami rozmnażania i hipogryfy po prostu przestały mu ufać. Ale teraz już wiem, że to po prostu nie był on. To nie jest twoja wina, nie jestem dzieckiem i nie powinnam się pchać byle gdzie. To nie jest moja rola, ojciec próbował mnie odesłać gdy tylko dostarczyliśmy eliksiry ale chciałam zostać i pomóc. Czasem jestem uparta i nie słucham głosu rozsądku - wyciągnęła rękę i ścisnęła dłoń Laurenta, uśmiechając się ciepło. - To wyłącznie moja wina, dwie osoby próbowały mi to wybić z głowy, a ja dwa razy nie posłuchałam. Nic wielkiego się nie stało przecież. Więc nie musisz przepraszać. W zasadzie to ja powinnam ci dziękować, bo uratowałeś mi życie.
- Za co? - zapytała odruchowo, zamierając w bezruchu z jedzeniem w ręce. Zmarszczenie brwi i pojawienie się płytkich zmarszczek na czole sugerowało, że naprawdę dziewczyna nie ma pojęcia, o czym Laurent mówi. - A podejrzewałeś?
Ona podejrzewała. I miała swój rozum, mogła odmówić przecież. Opuściła wzrok i otworzyła pudełko. Ona, w przeciwieństwie do Prewetta, była obdarzona brakiem wstydu jeśli chodzi o jedzenie. Duża część społeczeństwa wstydziła się jeść przy kim czy chociażby jeść w samotności wśród tłumu. Olivia miała w sobie wiele wstydu, ale na jej szczęście nie dotyczył on jedzenia. Co nie znaczyło, że teraz będzie mówić z pełną buzią czy mlaskać. Bo i takie osoby były, ale na szczęście dla nich samych Olivia do tego grona nie należała.
Nie wpadła na to, że mogła umrzeć. Najzwyczajniej w świecie po prostu o tym nie pomyślała. Ot, stało się, ktoś miotną w nią zaklęciem a ona uderzyła z całym impetem w drzewo. Nie było to miłe, ale też nie było zagrożeniem życia. Jej mózg bronił się przed dostarczeniem informacji o tym, że sprawa była znacznie poważniejsza i gdyby nie abraksamy, które zainteresowały mężczyznę, to mógł ją zgnieść jak robaka i wydusić z niej ostatnie tchnienie.
- Śmierciożercy? - przełknęła kawałek jedzenia z miną, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Cóż...
Ręka trzymająca widelec jej zadrżała, a Olivia pobladła. Powoli docierało do niej, że miała więcej szczęścia niż rozumu. Zaraz jednak potrząsnęła głową i wróciła do jedzenia.
- Cieszę się, że nikomu nic się nie stało. A ja przynajmniej wiem, że powinnam popracować nad zaklęciami i refleksem. Mam chyba więcej szczęścia, niż sądziłam - odparła lekko, odpychając od siebie strach. Już było po wszystkim i była bezpieczna. Ale to dało jej do myślenia. Gdyby nie zjawili się w porę i gdyby nie trafiło na nią, to jej ojciec mógłby nie żyć. Olivia powoli odstawiła jedzenie, wciąż blada jak ściana. Do tej pory nie podejrzewała, że praca w Ministerstwie ze zwierzętami mogła być aż tak niebezpieczna. Owszem, magiczne bestie bywały niebezpieczne, ale to był inny rodzaj zagrożenia niż banda psycholi, którzy uważali, że wszystko im wolno. To był dopiero początek i czuła to w kościach. Będzie musiała porozmawiać z ojcem. - Cieszę się, że Abby żyje, to mogło się skończyć dużo gorzej niż kilkoma siniakami, które mam.
Zauważyła, przecierając twarz dłonią. Co za dzień, co za czasy. Co za ludzie. Dlaczego to robili? Do tej pory Olivia raczej podchodziła do tej całej sprawy z dystansem, ale takie oficjalne ataki były niepokojące nie tylko dla niej, ale dla całego magicznego i niemagicznego społeczeństwa.
- Wracając do tematu - nie masz za co przepraszać. Ja też nie byłam z tobą do końca szczera. Podejrzewałam animaga od początku, a zachowanie hipogryfów wydawało mi się podejrzane. Powinnam ci była o tym powiedzieć, ale podejrzewałam, że Abby może być pod wpływem zaklęcia lub po prostu przegiął ze swoimi... Próbami rozmnażania i hipogryfy po prostu przestały mu ufać. Ale teraz już wiem, że to po prostu nie był on. To nie jest twoja wina, nie jestem dzieckiem i nie powinnam się pchać byle gdzie. To nie jest moja rola, ojciec próbował mnie odesłać gdy tylko dostarczyliśmy eliksiry ale chciałam zostać i pomóc. Czasem jestem uparta i nie słucham głosu rozsądku - wyciągnęła rękę i ścisnęła dłoń Laurenta, uśmiechając się ciepło. - To wyłącznie moja wina, dwie osoby próbowały mi to wybić z głowy, a ja dwa razy nie posłuchałam. Nic wielkiego się nie stało przecież. Więc nie musisz przepraszać. W zasadzie to ja powinnam ci dziękować, bo uratowałeś mi życie.