12.11.2023, 21:07 ✶
Bell uśmiechnął się szeroko, słysząc swoje imię tuż obok wulgaryzmu. Bo to przecież znaczyło, że wciąż na niego działał, nie musiał go nawet dotykać, żeby ten zachowywał się co najmniej, jakby mu przejechano dłońmi po udach. Miał nie uznać tego za komplement?
- Słucham? W spodniach robi się za ciasno? - Zapytał zaczepnie, przejeżdżając kciukiem po jego palcu, ale nie oderwał spojrzenia od tych szarych oczu, bo to w twarzy zawsze najlepiej było doszukiwać się najpiękniejszych oznak pożądania. Lubił to - obserwować jak jego partnerzy odchylali głowy do tyłu, jak nieświadomie otwierali usta, błądząc gdzieś głęboko w swojej wyobraźni. Ale najbardziej lubił rumieńce wylewające się na policzki - niby detal, a mówił o wszystkim tak wiele. Gdyby tylko Flynn miał lustro i wiedział, jak wyglądała teraz jego twarz, być może domyśliłby się wreszcie, że szukał w ludziach własnego odbicia. Bo to podniecenie wcale nie było jednostronne, a droga, jaką prowadził go słowami nie była dla niego typowa - stanowiła bardziej jakąś zabawę lub eksperyment, niż coś, do czego można było z Flynnem przywyknąć. - Chcesz, żebym zrobił ci dobrze obok cmentarza? Nie wyłapałem tylko dlaczego wciąż masz zapięty rozporek - kusił dalej, przybierając odpowiedni ku temu ton głosu. - Niewiele brakuje mi do tego, żeby zaciskać rękę na czymś innym.
Obserwował go bardzo, ale to bardzo uważnie, chcąc wyłapać dokładny moment, w którym Cain pęknie i mu się odda, albo w bólu go odrzuci. Tak czy inaczej, czuł się w tej sytuacji jak spektakularny zwycięzca. Potwór, bo przecież ten biedny chłopak pamiętał absolutnie wszystko, ale jednocześnie zwycięzca - naprawdę miło patrzyło się na kogoś, kto na przekór wszystkiemu oddawał się wyimaginowanej przyjemności. Jedyną lepszą nagrodą za egzystencję, jaką życie mogłoby mu teraz ofiarować, było dopełnienie tego aktu, ale nastrój niekoniecznie temu sprzyjał - bo do złapania go za włosy i wzięcia w taki sposób, jaki to opisał, Bletchley musiałby wykrzesać z siebie energię, której w nim teraz nie widział.
- Auror legiliemnta - zakodował. - Pomyliłeś kolejki i stanąłeś w niej zamiast w tej po klątwołamanie? A zakład o głowę... zaproponowałem ci ją ledwie kilka sekund temu. Nie mam już czego przegrać.
I wcale nie nazwałby tego przegraną.
- Myślisz, że dobrze byś to udźwignął? Musiałoby ci nigdy na mnie nie zależeć. - A zależało mu przecież. Nawet jeżeli minęły lata i pewne rzeczy się pomiędzy nimi rozmyły, to przecież nie znaczyło, że nie spoglądał na niego z czułością. Bell rozumiał koncepcję bycia twardym - oboje okuli się pewnie bardzo dobrze, żeby się zajmować, tym czym chcieli, ale sprawy stawały się drastycznie inne, kiedy w grę wchodziły osobiste uczucia. Niektóre z tych zdarzeń śniły mu się do dzisiaj.
Słysząc tę definicję, zaśmiał się gorzko. Zajebiście. Ich matki musiały być w tym dobre - Pchlarz i Morderca. Ciekawe czy ktokolwiek go o to zapytał kiedy rekrutował się do tej ich magicznej policji, ale w sumie... Czarodzieje byli strasznymi ignorantami. Nie znali podstawowych pojęć i wynalazków, dlaczego mieliby znać szczegóły czarodziejskiej religii? To musiało działać jak nazwanie córki Morrigan. Dla niemagów to była co najwyżej dawno zapomniana legenda.
- Zajebisty kurwa wybór - odparł, przesadnie mocno drapiąc się przy tym po zewnętrznej stronie własnej dłoni. Teraz kiedy wiedział, że Bletchley zajmował się ściganiem czarnoksiężników, a Fontaine się czarną magią upodliła do granic możliwości, przeżywał to jeszcze mocniej. - Jedyny, jaki miałem, to czy iść do ciebie do domu, czy tylko zostawić ci kartkę. Wybrałem kartkę. - I zdawał sobie sprawę z tego, że to nie było eleganckie, ale... Jeżeli nie tak, to jak? Tak jak teraz? Każdy by się po takiej historii spodziewał skoczenia sobie od gardeł, a oni flirtowali w najlepsze, odpychając złe wspomnienia na bok. Może to był jakiś mechanizm obronny, z którego istnienia nie zdawał sobie sprawy. Jakoś sobie przecież musiał z tym wszystkim poradzić, a ścieżka do teraźniejszości nie była usłana różami.
Spojrzał na niego wreszcie, a kiedy zorientował się, że Cain też patrzył w jego kierunku, podskoczył lekko w miejscu. Zupełnie, jakby się tego nie spodziewał, chociaż dopiero co gapili się na siebie kilka długich minut. Nerwowo zaciągnął się jeszcze raz. To było strasznie głupie, ale od papierosów preferował ciasto. Nawet by się nie obraził, gdyby Bletchley mu ten kawałek oddał, a sama myśl wydała mu się tak absurdalna, że zaśmiał się, wydychając ten dym w innym kierunku, chociaż żaden z nich nie powiedział nic zabawnego.
- Jestem akrobatą. - Znów zamilkł. - Wymyśliliśmy mi taki pseudonim i przebranie, w którym nie widać twarzy. Staram się nie wychylać. - Zastanowił się chwilę, bo to, co zamierzał powiedzieć, brzmiało trochę jak zaproszenie. Czy na pewno chciał go zaprosić? - W przyszłym miesiącu występujemy w Londynie.
Komplementu nie potraktował poważnie, ale i tak zamierzał powiedzieć Elaine, że to najlepsze ciasto, jakie upiekła w życiu, nawet gdyby okazało się suche jak wióry, więc niewiele to zmieniło.
- Słucham? W spodniach robi się za ciasno? - Zapytał zaczepnie, przejeżdżając kciukiem po jego palcu, ale nie oderwał spojrzenia od tych szarych oczu, bo to w twarzy zawsze najlepiej było doszukiwać się najpiękniejszych oznak pożądania. Lubił to - obserwować jak jego partnerzy odchylali głowy do tyłu, jak nieświadomie otwierali usta, błądząc gdzieś głęboko w swojej wyobraźni. Ale najbardziej lubił rumieńce wylewające się na policzki - niby detal, a mówił o wszystkim tak wiele. Gdyby tylko Flynn miał lustro i wiedział, jak wyglądała teraz jego twarz, być może domyśliłby się wreszcie, że szukał w ludziach własnego odbicia. Bo to podniecenie wcale nie było jednostronne, a droga, jaką prowadził go słowami nie była dla niego typowa - stanowiła bardziej jakąś zabawę lub eksperyment, niż coś, do czego można było z Flynnem przywyknąć. - Chcesz, żebym zrobił ci dobrze obok cmentarza? Nie wyłapałem tylko dlaczego wciąż masz zapięty rozporek - kusił dalej, przybierając odpowiedni ku temu ton głosu. - Niewiele brakuje mi do tego, żeby zaciskać rękę na czymś innym.
Obserwował go bardzo, ale to bardzo uważnie, chcąc wyłapać dokładny moment, w którym Cain pęknie i mu się odda, albo w bólu go odrzuci. Tak czy inaczej, czuł się w tej sytuacji jak spektakularny zwycięzca. Potwór, bo przecież ten biedny chłopak pamiętał absolutnie wszystko, ale jednocześnie zwycięzca - naprawdę miło patrzyło się na kogoś, kto na przekór wszystkiemu oddawał się wyimaginowanej przyjemności. Jedyną lepszą nagrodą za egzystencję, jaką życie mogłoby mu teraz ofiarować, było dopełnienie tego aktu, ale nastrój niekoniecznie temu sprzyjał - bo do złapania go za włosy i wzięcia w taki sposób, jaki to opisał, Bletchley musiałby wykrzesać z siebie energię, której w nim teraz nie widział.
- Auror legiliemnta - zakodował. - Pomyliłeś kolejki i stanąłeś w niej zamiast w tej po klątwołamanie? A zakład o głowę... zaproponowałem ci ją ledwie kilka sekund temu. Nie mam już czego przegrać.
I wcale nie nazwałby tego przegraną.
- Myślisz, że dobrze byś to udźwignął? Musiałoby ci nigdy na mnie nie zależeć. - A zależało mu przecież. Nawet jeżeli minęły lata i pewne rzeczy się pomiędzy nimi rozmyły, to przecież nie znaczyło, że nie spoglądał na niego z czułością. Bell rozumiał koncepcję bycia twardym - oboje okuli się pewnie bardzo dobrze, żeby się zajmować, tym czym chcieli, ale sprawy stawały się drastycznie inne, kiedy w grę wchodziły osobiste uczucia. Niektóre z tych zdarzeń śniły mu się do dzisiaj.
Słysząc tę definicję, zaśmiał się gorzko. Zajebiście. Ich matki musiały być w tym dobre - Pchlarz i Morderca. Ciekawe czy ktokolwiek go o to zapytał kiedy rekrutował się do tej ich magicznej policji, ale w sumie... Czarodzieje byli strasznymi ignorantami. Nie znali podstawowych pojęć i wynalazków, dlaczego mieliby znać szczegóły czarodziejskiej religii? To musiało działać jak nazwanie córki Morrigan. Dla niemagów to była co najwyżej dawno zapomniana legenda.
- Zajebisty kurwa wybór - odparł, przesadnie mocno drapiąc się przy tym po zewnętrznej stronie własnej dłoni. Teraz kiedy wiedział, że Bletchley zajmował się ściganiem czarnoksiężników, a Fontaine się czarną magią upodliła do granic możliwości, przeżywał to jeszcze mocniej. - Jedyny, jaki miałem, to czy iść do ciebie do domu, czy tylko zostawić ci kartkę. Wybrałem kartkę. - I zdawał sobie sprawę z tego, że to nie było eleganckie, ale... Jeżeli nie tak, to jak? Tak jak teraz? Każdy by się po takiej historii spodziewał skoczenia sobie od gardeł, a oni flirtowali w najlepsze, odpychając złe wspomnienia na bok. Może to był jakiś mechanizm obronny, z którego istnienia nie zdawał sobie sprawy. Jakoś sobie przecież musiał z tym wszystkim poradzić, a ścieżka do teraźniejszości nie była usłana różami.
Spojrzał na niego wreszcie, a kiedy zorientował się, że Cain też patrzył w jego kierunku, podskoczył lekko w miejscu. Zupełnie, jakby się tego nie spodziewał, chociaż dopiero co gapili się na siebie kilka długich minut. Nerwowo zaciągnął się jeszcze raz. To było strasznie głupie, ale od papierosów preferował ciasto. Nawet by się nie obraził, gdyby Bletchley mu ten kawałek oddał, a sama myśl wydała mu się tak absurdalna, że zaśmiał się, wydychając ten dym w innym kierunku, chociaż żaden z nich nie powiedział nic zabawnego.
- Jestem akrobatą. - Znów zamilkł. - Wymyśliliśmy mi taki pseudonim i przebranie, w którym nie widać twarzy. Staram się nie wychylać. - Zastanowił się chwilę, bo to, co zamierzał powiedzieć, brzmiało trochę jak zaproszenie. Czy na pewno chciał go zaprosić? - W przyszłym miesiącu występujemy w Londynie.
Komplementu nie potraktował poważnie, ale i tak zamierzał powiedzieć Elaine, że to najlepsze ciasto, jakie upiekła w życiu, nawet gdyby okazało się suche jak wióry, więc niewiele to zmieniło.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.