Zamrugał parokrotnie, gdy uderzył go błysk fleszy z aparatu jednej z dziennikarek, które miały za zadanie relacjonować to wydarzenia. Myśl o sierocińcu i małych pieskach, pomyślał, starając utwierdzić się w przekonaniu, że ich starania, a także cierpienia będą warte wyniku. W końcu nie robili tego dla siebie. Przynajmniej nie w dużej mierze. Owszem, licytacja była okazją do przypomnienia o znaczeniu nazwiska rodowego w towarzystwie, jednak chodziło przede wszystkim o szerzenie pomocy innym i przekonanie innych rodzin do tego samego.
Zauważył, że Cedricowi udało się wylicytować pierścionek i w myślach zanotował sobie, aby mu pogratulować przy najbliższej okazji. Zarówno wygranej licytacji, jak i tego, co wiązało się z przedmiotem, który kupił. Tak, ta druga okazja była zdecydowanie bardziej istotna. Z zadowoleniem obserwował proces wystawiania na sprzedaż kolejnych przedmiotów. Na razie rywalizacja była dosyć wyrównana. Nikt nie postawił sobie za cel, aby wyjść samemu ze wszystkimi rzeczami, które oferowali. Każdy namierzył coś, co najbardziej przypadało mu do gustu. Tak jak powinno być.
Uśmiechnął się szeroko, gdy Brenna postanowiła wygłosić przemowę końcową odnośnie do ostatniego przedmiotu. Jego zdaniem była to doskonała okazja do pokazania, że radzi sobie z zagadywaniem tłumu równie dobrze, jak on, a może nawet i lepiej. Wprawdzie nie miał zielonego pojęcia, skąd wytrzasnęła pieniądze na oferowany obiad, ale nie miał zamiaru się sprzeczać. Bądź co bądź w ten sposób wspierali lokalną ekonomię, a mając na uwadze to, jak się sprawy miały w ostatnim czasie, dobrze było wspierać działalność czarodziejów w magicznej dzielnicy Londynu. Był całkiem zadowolony z tego, że wpadła na taki ciekawy pomysł. Tylko że wtedy usłyszał, że z ust panny Longbottom padło słowo „brat” i na moment się zawiesił, jakby nie połączył ze sobą jeszcze kropek w głowie.
Nie mógł powstrzymać się od cichego parsknięcia śmiechem, gdy usłyszał cenę wywoławczą za spotkanie z nim. Przygryzł dolną wargę, starając się ukryć tę reakcję przed gośćmi i zerknął kątem oka na siostrę. Niezły żart, naprawdę. Przeszłaś samą siebie, zdawała się mówić jego mina, jednak wtedy dostrzegł w jej minie coś, czego ujrzeć się nie spodziewał. Niezachwianą pewność siebie. I w tym momencie pobladł, gdy uświadomił sobie, że to, co uznał za bardzo słabą próbę dowcipu, było w gruncie rzeczy wypowiedziane na poważnie. Przed całym tłumem ludzi. Ta dziewczyna kupczyła własnym bratem. Kupczyła nim. Wprawdzie robiła to w słusznej sprawie, ale... ale... Ale przecież nawet dla niej musiały istnieć jakieś granice, prawda?! To nie był Błędny Rycerz, to było jak wepchnięcie prosto pod Hogwart Ekspres.
Przez jedną piękną chwilę sądził, że się bardzo dobrze zgrywa. Przecież nie zrobiłaby mu niczego takiego bez żadnego przygotowania. Ta licytacja stała się w ostatnich tygodniach jej obsesją. Nie odważyłaby się wprowadzić do tego planu elementu, którego stabilności nie byłaby pewna. A co jak co, ale pozostanie na scenie w takiej sytuacji, było mocno wątpliwe, biorąc pod uwagę okoliczności. Nie tak ją wychowywali. Gdzie ona przyswoiła takie zachowania? Eden? Nora? Erik zaczął przeglądać w głowie listę kontaktów siostry, ewidentnie szukając kogoś, na kogo mógłby zrzucić winę.
A mimo to nie ruszył się z miejsca. Chyba był w zbyt dużym szoku, a może to resztki godności, z których go jeszcze nie odarła młodsza siostra, nakazywały mu stać, niczym marmurowy posąg, dopóki ten występ nie dobiegnie końca. Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się krzywo, modląc się w duchu, aby nie zrobiono mu w tej chwili kolejnego zdjęcia. Zmniejszył dzielący go z Brenną dystans o parę kroków, tak że teraz stali naprawdę blisko siebie i nachylił się nad nią.
— Co ty wyprawiasz? — syknął przez zaciśnięte zęby, starając się udawać, że wszystko było w absolutnym porządku. Chciała mu w mówić, że przecież taki był plan i wszystko szło zgodnie z pierwotnymi założeniami całej uroczystości? Szkoda tylko, że nie został uprzedzony o tym, że to on miał być gwiazdą wieczoru. — Nie umawialiśmy się na coś takiego! Słowem nie pisnęłaś, że to zrobisz. Jak ty w ogóle to sobie wyobrażasz... Merlin cię chyba opuścił, wiesz?
Poczuł, że zapiekły go uszy. Miał ochotę rzucić to wszystko i uciec na balkon. Albo do swojego pokoju. Albo do swojego biurka w Ministerstwie Magii. Eh, gdyby nie to cholerne poczucie obowiązku. Pokręcił głową, robiąc dobrą minę do złej gry, wlepiając wzrok w bliżej nieokreślony punkt ponad głowami zebranych na sali gości. Wykorzystała go. Za dobrze go znała i dokładnie wiedziała, czego nie zrobi. Nie miał w zwyczaju uciekać, a wartości wbijane mu do głowy od maleńkości sprawiały, że jego własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Musiał wytrwać do końca.
— Rozważyłaś w ogóle, czy ktokolwiek będzie zainteresowany tą... Ofertą? — mruknął, uśmiechając się do tłumu. Na razie nie widział lasu rąk i emocjonalnych okrzyków sugerujących, że faktycznie jest towarem, na który warto wydać swoje pieniądze. Cóż, może to był właśnie ten czas, gdy Brenna zorientuje się, że wbrew pozorom nie jest aż tak wielkim celebrytą, za jakiego go uważała?
Oh, jak bardzo mógł się mylić. Teraz jednak wszystko było w rękach ich gości. Może chociaż jego własna matka się nad nim zlituje i go wylicytuje. Za parę miesięcy dzień dziecka, mogą powiedzieć, że to z tej okazji. Na Merlina, jaki to będzie wstyd, jeśli następne parę minut przeminie w całkowitej ciszy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞