- A masochistyczne? Przyjmowanie przybłęd? - Zażartował nieco smutno. Nie podobało mu się to, że Alexander nagle wstał, bo każde takie przerwanie bliskości było dla Flynna trochę jak odrzucenie, kiedy tylko chłopak wyciągnął w jego kierunku rękę, te obawy się rozwiały. Wstał z nim. Zmarzł tutaj strasznie. Zakładał, że starszy Bell będzie zajmował się teraz tym, co mu tak okropnie zajmowało czas, aż mu go nie starczało na dopuszczenie do siebie koncepcji posiadania żony. On zamierzał natrętnie obserwować go lub (właściwie to preferował drugą opcję) spać, ale...
No tak, takie tematy wracały. Nawet kiedy chciało się je wszystkimi kończynami zagrzebać w piachu i udawać, że nigdy nie istniały.
- Nie. Nie czuję się porwany. - Dał z siebie wszystko, żeby opanować swój głos, ale i tak powiedział to ciszej niż wcześniejszy żart. Poziom wypowiedzi był jednak nieporównywalny do tego, co działo się z nim wczoraj - nie stał już przy Alexandrze jąkała, tylko po prostu ktoś niepewny jak dobrać słowa. - Ja... - Niby nie wiedział, jak na to odpowiedzieć, ale dotarła do niego lekkość w porównaniu z próbami wyduszenia tego na siłę, chociaż nikt go o to nie zapytał. Żałosne próby wykrztuszenia choćby słowa, kiedy leżał na tej podłodze i wpatrywał się w ciemność, do teraz kojarzyły mu się z czymś potwornym. - Uciekłem stąd, bo jako dziecko nie potrafiłem tutaj żyć. - Tam z Londynie czekał na niego przecież wielki świat. - Wydawało mi się, że to, co mnie spotkało, pozwoliło mi szybciej dorosnąć i wszystko tutaj, całe to udawanie rodziny wydawało mi się potworną dziecinadą. - I chociaż nie wybrzmiało to w jego słowach, Flynn już w to nie wierzył. Wcale nie dorósł szybciej. To nie była szansa, to była trauma ograniczająca mu sposób myślenia aż do dzisiaj.
- A wróciłem, bo... - Nie miał już żadnych marzeń. Tak bardzo się na tym sparzył, tak bardzo nie chciał wracać do miasta, które zadało mu tyle bólu. - Nie wydaje mi się, żeby świat, do którego wzdychałem był cokolwiek wart. - Może kilka dobrych osób napotkanych tu i ówdzie. Kilka potańcówek, nieginących w cieniu innych. Lubił światła miasta, ale tych kilkanaście lat nauczyło go, że najpiękniej wyglądały z daleka.
- Liczyłeś na to, że powiem coś o tęsknocie, prawda? Tully zawsze tak mówił. Ale ja się chyba nigdy nie czułem się nigdzie jak u siebie w domu.
Błagał go wczoraj tak pięknie, żeby tu został. Kazał mu nawet składać jakieś obietnice. Flynn obiecał mu to, bo chciał w to wierzyć, w to miejsce u jego boku, ale... nie wierzył w wieczność. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym i Alexander się nim znudzi, albo nie zaakceptuje go w całym tym kalejdoskopie zepsucia i każde mu odejść.
No tak, takie tematy wracały. Nawet kiedy chciało się je wszystkimi kończynami zagrzebać w piachu i udawać, że nigdy nie istniały.
- Nie. Nie czuję się porwany. - Dał z siebie wszystko, żeby opanować swój głos, ale i tak powiedział to ciszej niż wcześniejszy żart. Poziom wypowiedzi był jednak nieporównywalny do tego, co działo się z nim wczoraj - nie stał już przy Alexandrze jąkała, tylko po prostu ktoś niepewny jak dobrać słowa. - Ja... - Niby nie wiedział, jak na to odpowiedzieć, ale dotarła do niego lekkość w porównaniu z próbami wyduszenia tego na siłę, chociaż nikt go o to nie zapytał. Żałosne próby wykrztuszenia choćby słowa, kiedy leżał na tej podłodze i wpatrywał się w ciemność, do teraz kojarzyły mu się z czymś potwornym. - Uciekłem stąd, bo jako dziecko nie potrafiłem tutaj żyć. - Tam z Londynie czekał na niego przecież wielki świat. - Wydawało mi się, że to, co mnie spotkało, pozwoliło mi szybciej dorosnąć i wszystko tutaj, całe to udawanie rodziny wydawało mi się potworną dziecinadą. - I chociaż nie wybrzmiało to w jego słowach, Flynn już w to nie wierzył. Wcale nie dorósł szybciej. To nie była szansa, to była trauma ograniczająca mu sposób myślenia aż do dzisiaj.
- A wróciłem, bo... - Nie miał już żadnych marzeń. Tak bardzo się na tym sparzył, tak bardzo nie chciał wracać do miasta, które zadało mu tyle bólu. - Nie wydaje mi się, żeby świat, do którego wzdychałem był cokolwiek wart. - Może kilka dobrych osób napotkanych tu i ówdzie. Kilka potańcówek, nieginących w cieniu innych. Lubił światła miasta, ale tych kilkanaście lat nauczyło go, że najpiękniej wyglądały z daleka.
- Liczyłeś na to, że powiem coś o tęsknocie, prawda? Tully zawsze tak mówił. Ale ja się chyba nigdy nie czułem się nigdzie jak u siebie w domu.
Błagał go wczoraj tak pięknie, żeby tu został. Kazał mu nawet składać jakieś obietnice. Flynn obiecał mu to, bo chciał w to wierzyć, w to miejsce u jego boku, ale... nie wierzył w wieczność. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym i Alexander się nim znudzi, albo nie zaakceptuje go w całym tym kalejdoskopie zepsucia i każde mu odejść.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.