Od sławetnego balu w posiadłości minął już tydzień i dopiero niedawno młody Longbottom doszedł do wniosku, że udało mu się odzyskać wystarczająco dużo energii, aby mieć siłę i cierpliwość na kolejną dawkę wrażeń. Gdy obudziło go głośne pukanie do drzwi, wydał z siebie tylko donośne mruknięcie i skrył głowę wśród poduszek, nie przyjmując kompletnie do wiadomości tego, że powinien wstać, aby doprowadzić się do porządku. W końcu to była sobota, chyba mógł sobie pozwolić na poranną labę, czyż nie? Po co ona tak lata wte i we wte, pomyślał, starając się wrócić do krainy Morfeusza, co skutecznie mu jednak utrudniała bieganina Brenny, którą rozpoznawał po rytmie chodzenia.
Nagle podniósł się do pozycji półleżącej, kiedy gdzieś w odmętach umysłu zaświeciła mu się czerwona lampka. Przecież oni się na coś umawiali. Czy to nie tego dnia miał ich odwiedzić łamacz klątw, aby zbadać fenomeny, do których dochodziło w kuchni? Erik westchnął ciężko i rzucił się na poduszki. Nie można było tego już odwołać? Albo przełożyć na inny termin? Perspektywa spędzenia popołudnia w łóżku wydawała mu się teraz jeszcze bardziej pociągająca. Skrzywił się z niezadowoleniem, gdy zdał sobie sprawę, że raczej za wiele tutaj nie wskóra. Ignorując swe negatywne myśli, postanowił wygrzebać się z pościeli.
Przygotowanie się do wizyty Castiela zajęło mu nieco dłużej, niż zakładał, głównie przez to, że w ogóle nie przygotował sobie poprzedniego dnia żadnych ubrań, więc latał od jednej komody do drugiej, zahaczając przy okazji o szafę, starając się znaleźć coś względnie neutralnego. Wolał nie wyskakiwać w pełnym garniturze, biorąc pod uwagę, że nie wiadomo było, jak kuchnia dzisiaj na niego zareaguje.
Koniec końców postawił na prostotę połączoną z elegancją. Biała koszula z podciągniętymi lekko rękawami, szara kamizelka swetrowa, szare wzorzyste spodnie i nieco już znoszone ciemne buty. Cóż, tyle musiało wystarczyć. Po przygotowaniu się do spotkania Erik zszedł na dół, jednak nie znalazł tam Brenny. Zerknął na zegar stojący w holu, próbując przypomnieć sobie, o której godzinie właściwie miało dojść do tego „badania”.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać, gdyż niedługo główne drzwi do posiadłości uchyliły się i stanęła tam jego zguba, przyprowadzając za sobą także ich gościa. Detektyw podszedł do nich i uścisnął na powitanie dłoń Castiela.
— O, jesteście. Już myślałem, że mnie wszystko ominęło. — Uśmiechnął się lekko, starając się poniekąd ukryć to, że dalej był nieco senny. Niby wolałby być bardziej przytomny podczas tego drobnego testu, jednak chyba już wolał mieć to z głowy, skoro specjalnie wstał z łóżka w sobotę rano. — Zanim przejdziemy do sedna sprawy, chce tylko powiedzieć, że sprawa na pewno nie jest tak zła, jak ją przedstawiła Brenna. Bo jestem pewny, że opowiedziała tę historię w najgorszy możliwy sposób. Kuchnia po prostu za mną nie przepada.
Wiedząc, że siostra od razu zacznie zaprzeczać i spróbować zrzucić winę na niego, obrócił się na pięcie i ruszył w stronę kuchni. Wprawdzie nie przedstawiono mu jeszcze całego planu, ale wątpił, aby dokonywali pomiarów i innych tego typu przymiarek w korytarzu lub w salonie. Bądź co bądź, ale to nie tam występowały problemy natury magicznej, z którymi musiał się zmagać.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞