13.11.2023, 00:41 ✶
Raczej nikogo nie zdziwiło to, że pierwszym tematem okazał się nierozstrzygnięty pojedynek. W końcu po to się tutaj wszyscy zgromadzili. Gawiedź rządna była poznania zwycięzcy i przegranego, bo tylko to się liczyło. Pozostali jednak bez tego, a więc i bez poczucia spełnienia, które pojawiało się, gdy tylko ukończyło się jakąś czynność. Z jednej strony szkoda, że zwycięzca się nie wyłonił, ale z drugiej strony może to i lepiej? Bellamy nawet nie chciał się zastanawiać nad tym, co by było, gdyby któryś z pojedynkujących się przegrał. Zapewne nastroje byłyby jeszcze bardziej napięte. Tak, zdecydowanie obecny stan rzeczy był chyba najlepszym rozwiązaniem. Nie było sensu się nad tym zastanawiać i rozmyślać. A przynajmniej on nie chciał tego robić. Wiedział, że tym wydarzeniem, lokalna społeczność będzie żyć jeszcze przez kilka dni i cieszył się, że nie będzie go to dotyczyło.
Gdyby potrafił czytać zgromadzonym tutaj osobom w myślach, to na pewno przyznałby rację Laurentowi. Nie przyszedł tutaj jedynie z powodu pojedynku. Philipa uważał za bliskiego przyjaciela, więc nie powinno nikogo dziwić, że się tutaj dla niego zjawił. A raczej nie dziwiłoby to nikogo, gdyby wiedzieli oni o relacji, jaka ich łączyła. Dupont zapewne nie mógłby sobie pozwolić na przebywanie w tym gronie, gdyby nie fakt, że posiadał odpowiednie nazwisko, które gwarantowało mu poznanie najróżniejszych osób. Dzięki temu znał Philipa, jak również Laurenta. Poznali się bowiem w podobnych okolicznościach. I pokazywało to również, że ich świat był dość niewielki, bo ewidentnie Laurent znał się z Philipem również.
– Jak widać, każdy powód jest dobry do pojedynku – skwitował cicho słowa Prewetta. Miał rację, nie było większego sensu w bronieniu czyjegoś honoru, jeśli ten nie był w stanie wybronić się sam. Lubił Lorettę, cenił ją jako przyjaciółkę, jednak nie mógł ukryć, że była ona kobietą o dość specyficznym podejściu do życia. Podejście to bardzo mu odpowiadało, bo lubił spędzać z nią swój wolny czas. Jednak zdawał sobie sprawę, że w oczach wielu osób, jej zachowanie mogłoby zostać odebrane jako zbyt ekscentryczne. Uśmiechnął się jednak lekko.
– Nie wyglądała najlepiej i gdybym jej nie znał, mógłbym pomyśleć, że cały ten pojedynek nie był jej na rękę – powiedział. Miał oczywiście na myśli Lorettę. Znał ją na tyle, że wiedział, iż uwielbiała znajdować się w centrum uwagi. Dzisiejszego dnia, gdy zobaczył ja po raz pierwszy, wyglądała jak cień dawnej siebie i dopiero po chwili zaczęła nabierać typowej dla siebie aparycji. Było to dziwne i trochę go to zmartwiło. Nigdy nie dopytywał o jej życie, jeśli ona sama nie chciała się nim pochwalić, więc w gruncie rzeczy nie wiedział, co też się u niej działo. Może wypadałoby o to zapytać przy następnej okazji?
– I w jaki sposób pojedynek o czyjś honor miałby pomóc w naprawie tejże opinii? – zapytał, przysłuchując się słowom Erika. Doskonale wiedział, że jeśli społeczeństwo wyrobiło sobie już opinię na jakiś temat, to ciężko było ją zmienić. To właśnie dlatego kazano mu się przeprowadzić do Londynu, by nie narazić opinii swojej rodziny. Jak więc można się domyślić, miał na ten temat swoje przemyślenia.
– Och, Loretta gdyby mogła, to rozpromowałaby każdą cząsteczkę samej siebie – powiedział, uśmiechając się lekko. Nie była to żadna obelga rzucona w stronę przyjaciółki. Bardzo zazdrościł jej tej cechy, bo sam chciałby mieć podobne podejście, co ona. Napił się łyka swojego szampana.
Gdyby potrafił czytać zgromadzonym tutaj osobom w myślach, to na pewno przyznałby rację Laurentowi. Nie przyszedł tutaj jedynie z powodu pojedynku. Philipa uważał za bliskiego przyjaciela, więc nie powinno nikogo dziwić, że się tutaj dla niego zjawił. A raczej nie dziwiłoby to nikogo, gdyby wiedzieli oni o relacji, jaka ich łączyła. Dupont zapewne nie mógłby sobie pozwolić na przebywanie w tym gronie, gdyby nie fakt, że posiadał odpowiednie nazwisko, które gwarantowało mu poznanie najróżniejszych osób. Dzięki temu znał Philipa, jak również Laurenta. Poznali się bowiem w podobnych okolicznościach. I pokazywało to również, że ich świat był dość niewielki, bo ewidentnie Laurent znał się z Philipem również.
– Jak widać, każdy powód jest dobry do pojedynku – skwitował cicho słowa Prewetta. Miał rację, nie było większego sensu w bronieniu czyjegoś honoru, jeśli ten nie był w stanie wybronić się sam. Lubił Lorettę, cenił ją jako przyjaciółkę, jednak nie mógł ukryć, że była ona kobietą o dość specyficznym podejściu do życia. Podejście to bardzo mu odpowiadało, bo lubił spędzać z nią swój wolny czas. Jednak zdawał sobie sprawę, że w oczach wielu osób, jej zachowanie mogłoby zostać odebrane jako zbyt ekscentryczne. Uśmiechnął się jednak lekko.
– Nie wyglądała najlepiej i gdybym jej nie znał, mógłbym pomyśleć, że cały ten pojedynek nie był jej na rękę – powiedział. Miał oczywiście na myśli Lorettę. Znał ją na tyle, że wiedział, iż uwielbiała znajdować się w centrum uwagi. Dzisiejszego dnia, gdy zobaczył ja po raz pierwszy, wyglądała jak cień dawnej siebie i dopiero po chwili zaczęła nabierać typowej dla siebie aparycji. Było to dziwne i trochę go to zmartwiło. Nigdy nie dopytywał o jej życie, jeśli ona sama nie chciała się nim pochwalić, więc w gruncie rzeczy nie wiedział, co też się u niej działo. Może wypadałoby o to zapytać przy następnej okazji?
– I w jaki sposób pojedynek o czyjś honor miałby pomóc w naprawie tejże opinii? – zapytał, przysłuchując się słowom Erika. Doskonale wiedział, że jeśli społeczeństwo wyrobiło sobie już opinię na jakiś temat, to ciężko było ją zmienić. To właśnie dlatego kazano mu się przeprowadzić do Londynu, by nie narazić opinii swojej rodziny. Jak więc można się domyślić, miał na ten temat swoje przemyślenia.
– Och, Loretta gdyby mogła, to rozpromowałaby każdą cząsteczkę samej siebie – powiedział, uśmiechając się lekko. Nie była to żadna obelga rzucona w stronę przyjaciółki. Bardzo zazdrościł jej tej cechy, bo sam chciałby mieć podobne podejście, co ona. Napił się łyka swojego szampana.