14.11.2023, 00:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2024, 00:09 przez Ulysses Rookwood.)
Nie lubił Carrow.
Lubił Carrow.
Martwił się o Carrow.
Nie martwił się o Carrow.
Ale było ostatnio z nią coś nie tak i nawet Ulysses, choć rozpoznawanie cudzych emocji przychodziło mu z trudem, zdążył to zauważyć. A potem nie było jej w pracy – co nie było dziwne, bo wzięła urlop ale jednocześnie było dziwne, bo Carrow nie brała urlopów. Ba, czasami wydawało mu się, że przychodziła do pracy tylko po to, by pokręcić się po korytarzach Ministerstwa Magii. I tak, wiedział, że dostała jakieś ściśle tajne zadanie od samego Czarnego Pana, ale… ale tu rodziło mu się w głowie jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
Alanna Carrow, którą znał, chełpiłaby się taką misją. Byłaby przeszczęśliwa, dumna z siebie tak bardzo, że na pewno nie omieszkałaby powiedzieć mu, że jest wybranką, że jest szczególna, że będzie znaczyła w szeregach więcej niż jakikolwiek inny śmierciożerca, że jest najwierniejszą, że jest najlojalniejszą. Ale Alanna… Alanna, owszem, była pochłonięta przygotowaniami do tego mitycznego zadania, ale jednocześnie… jednocześnie nie sprawiała wrażenia zachwyconej. Ulysses nie posunąłby się do myśli, że nie była Alanną Carrow – tak, wypadek ją zmienił, ale ludzie czasem się zmieniali, i tyle, ale ewidentnie działo się z nią ostatnio coś niedobrego.
Trochę się też o nią martwił. Trochę ją lubił. Trochę nawet uważał za jedną z tych osób, które go lubiły. Nawet jeśli granica lubienia była w jego głowie bardzo cienka. Ale gdyby przyszło mu wyliczać tych, na których informacja o jego śmierci wywarłaby jakieś wrażenie, niechybnie umieściłby Alannę w swoich wyliczeniach.
Tamtego dnia zakończył pracę punktualnie, co jak na Ulyssesa nie było takie oczywiste, bo jako człowiek zmagający się z nerwicą natręctw, wolał upewniać się, że wszystko zrobił idealnie. Nie wrócił jednak do domu, ale udał się bezpośrednio do mieszkania Carrow. Udał to może w tym przypadku brzmiało trochę na wyrost, bo właściwie aportował się przy nim. Uniósł rękę by zapukać i zamarł, nie do końca przekonany czy powinien pukać. Ze środka dochodziły jakieś odgłosy i stojący przed drzwiami Rookwood nie mógł jednoznacznie określić czy to sama Carrow miotała się po mieszkaniu, czy też miotał się ktoś inny.
Bo może roztargnienie i nerwowość, które ostatnio przejawiała nie były powiązane z zadaniem, które miała wykonać, ale z czymś więcej? Z jakimiś osobistymi problemami, które ją dopadły? Wiedziony złym przeczuciem, zamiast zapukać nacisnął na klamkę.
Mimo, że odruchowo sięgnął po różdżkę, nie spodziewał się ataku. A już na pewno nie tego, że ledwie wejdzie do mieszkania zobaczy wypadającą na niego rudowłosą. Ulysses zmarszczył brwi, zaskoczony wyrazem jej twarzy. Różdżka wypadła mu z ręki.
Syknął.
- Do reszty popierdoliło cię, Carrow? – zapytał skonfundowany. – Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku a ty mnie… atakujesz? – w jego wzroku, zazwyczaj pozbawionym głębszego wyrazu, pojawiło niedowierzanie.
Kucnął, żeby podnieść swoją różdżkę. Nie traktował Alanny jak kogoś z kim miał naprawdę walczyć.
Przychodząc postać korzysta z rodowej umiejętności Rookwoodów.
Lubił Carrow.
Martwił się o Carrow.
Nie martwił się o Carrow.
Ale było ostatnio z nią coś nie tak i nawet Ulysses, choć rozpoznawanie cudzych emocji przychodziło mu z trudem, zdążył to zauważyć. A potem nie było jej w pracy – co nie było dziwne, bo wzięła urlop ale jednocześnie było dziwne, bo Carrow nie brała urlopów. Ba, czasami wydawało mu się, że przychodziła do pracy tylko po to, by pokręcić się po korytarzach Ministerstwa Magii. I tak, wiedział, że dostała jakieś ściśle tajne zadanie od samego Czarnego Pana, ale… ale tu rodziło mu się w głowie jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
Alanna Carrow, którą znał, chełpiłaby się taką misją. Byłaby przeszczęśliwa, dumna z siebie tak bardzo, że na pewno nie omieszkałaby powiedzieć mu, że jest wybranką, że jest szczególna, że będzie znaczyła w szeregach więcej niż jakikolwiek inny śmierciożerca, że jest najwierniejszą, że jest najlojalniejszą. Ale Alanna… Alanna, owszem, była pochłonięta przygotowaniami do tego mitycznego zadania, ale jednocześnie… jednocześnie nie sprawiała wrażenia zachwyconej. Ulysses nie posunąłby się do myśli, że nie była Alanną Carrow – tak, wypadek ją zmienił, ale ludzie czasem się zmieniali, i tyle, ale ewidentnie działo się z nią ostatnio coś niedobrego.
Trochę się też o nią martwił. Trochę ją lubił. Trochę nawet uważał za jedną z tych osób, które go lubiły. Nawet jeśli granica lubienia była w jego głowie bardzo cienka. Ale gdyby przyszło mu wyliczać tych, na których informacja o jego śmierci wywarłaby jakieś wrażenie, niechybnie umieściłby Alannę w swoich wyliczeniach.
Tamtego dnia zakończył pracę punktualnie, co jak na Ulyssesa nie było takie oczywiste, bo jako człowiek zmagający się z nerwicą natręctw, wolał upewniać się, że wszystko zrobił idealnie. Nie wrócił jednak do domu, ale udał się bezpośrednio do mieszkania Carrow. Udał to może w tym przypadku brzmiało trochę na wyrost, bo właściwie aportował się przy nim. Uniósł rękę by zapukać i zamarł, nie do końca przekonany czy powinien pukać. Ze środka dochodziły jakieś odgłosy i stojący przed drzwiami Rookwood nie mógł jednoznacznie określić czy to sama Carrow miotała się po mieszkaniu, czy też miotał się ktoś inny.
Bo może roztargnienie i nerwowość, które ostatnio przejawiała nie były powiązane z zadaniem, które miała wykonać, ale z czymś więcej? Z jakimiś osobistymi problemami, które ją dopadły? Wiedziony złym przeczuciem, zamiast zapukać nacisnął na klamkę.
Mimo, że odruchowo sięgnął po różdżkę, nie spodziewał się ataku. A już na pewno nie tego, że ledwie wejdzie do mieszkania zobaczy wypadającą na niego rudowłosą. Ulysses zmarszczył brwi, zaskoczony wyrazem jej twarzy. Różdżka wypadła mu z ręki.
Syknął.
- Do reszty popierdoliło cię, Carrow? – zapytał skonfundowany. – Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku a ty mnie… atakujesz? – w jego wzroku, zazwyczaj pozbawionym głębszego wyrazu, pojawiło niedowierzanie.
Kucnął, żeby podnieść swoją różdżkę. Nie traktował Alanny jak kogoś z kim miał naprawdę walczyć.
Przychodząc postać korzysta z rodowej umiejętności Rookwoodów.