Flynno-seksuo-co? Powinien uznać to za komplement, obrazić się, czy zmartwić? Wszystkie trzy rzeczy naraz? Ale widać było, że już w to wsiąknął - coraz mocniej zaczerwieniony, uśmiechnięty jak dziecko, spojrzał na Caina znacząco, mrużąc przy tym oczy.
- Mam przez to rozumieć, że jestem twoim ulubionym chłopcem?
Jeżeli miał być na niego zły, jeżeli te trzy lata ciszy miały mieć aż takie znaczenie, jeżeli nad tą przepaścią nie było żadnego mostu, po którym mogli przejść, to dlaczego niby tak dobrze im się rozmawiało? Mimo tego... W jego odczuciu to był, na tym etapie jego postrzegania tej sceny i relacji pomiędzy nimi, bardzo dobry temat mający umilić samotność w dzisiejszy wieczór, nie coś mającego się urealnić, nawet jeżeli od ogarniającego go gorąca szczypały go policzki. No właśnie, szczypały go policzki. A te słowa, co teraz padły jakoś średnio leżały mu w głowie. Dopiero teraz zauważył, jak szybko zmienił się jego sposób myślenia, ale poczuł zaniepokojenie na ledwie kilka sekund, po których przyszła akceptacja. Bo wcześniej powiedział sobie w swoim wnętrzu, że nie był za Caina odpowiedzialny, a przynajmniej się takim nie czuł, a teraz zmarszczył nos, słysząc jak ten w siebie zwątpił. Czyli jednak mu zależało? Czy po prostu samolubnie chciał go teraz mieć dla siebie? Niezależnie od powodu - mógł z tym żyć.
- Kimś? - Przygryzł wargę, próbując zrozumieć, co on właściwie próbował mu przekazać. Przed chwilą powiedział, że jest Aurorem. Nie było ciężko postrzegać go jako kogoś wyjątkowego... - Kurwa, może coś w tym jest. - Przyznał, ale niechętnie. Nie dlatego, że go w ostatnim czasie oświeciło - nadal był tym samym perfidnym kłamcą co wcześniej i zachowywał dla siebie tak dużo jak tylko mógł bez wybuchnięcia płaczem w środku nocy, ale czasami, kiedy rzucał na siebie trochę światła i nie spotykało się to z głośnym pomrukiem niechęci, dawało mu to jakiś wewnętrzny spokój. Wiedział też, dzięki związkowi z nim właśnie, że to potrafiło być uspokajająco obustronne - wzajemne zrozumienie nawet mimo odkrywania swoich i najmocniej skrywanych elementów. - Spróbuj, ale wciąż uważam, że się poryczysz. Tylko żadnej hipnozy. - Nigdy przenigdy, będzie się zapierał rękoma i nogami byle ukryć wszystko to, o czym jego umysł zdecydował zapomnieć. Druga opcja nie brzmiała wcale źle, ale głównie dlatego, że narcystyczny jeżeli chodziło o własne umiejętności, nie zakładał nawet, że mógłby zobaczyć coś, czego sam by mu nie pokazał.
A później wydarzyło się... Coś. Pęknięcie. Pierwszą reakcją, jaką Bletchley mógł zobaczyć, był szeroki uśmiech, który wypełzł na twarz Flynna zaraz po wyrwaniu mu spomiędzy warg papierosa. Wesoło spoglądał w jego kierunku i chyba chciał coś powiedzieć, pewnie rzucić kolejnym z wielu dzisiaj żartów. Widząc, jak ten się podnosi, nie wydusił z siebie nic, a później... Zamarł. Nie dało się tego inaczej opisać. Zastygł w miejscu w szczerym szoku, z szeroko otwartymi oczami i głową zadartą do góry. To nie był pierwszy raz, kiedy nie wiedział, co powiedzieć, ale nigdy nie domyśliłby się, że głos ugrzęźnie mu w gardle z takiego powodu. Spodziewał się wyciągnięcia różdżki, zaklęcia wymierzonego w jego umysł, nie wybuchu nazbieranych w środku wyobrażeń.
To gorąco ogarniające jego ciało od dłuższej chwili stawało się nie do zniesienia, a napięcie w podbrzuszu i niżej dawało o sobie znać coraz mocniej. Ciężko było ukryć to jak bardzo go to kręciło, kiedy nosiło się aż tak obcisłe ubrania, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia.
Słowa Bletchleya zdawały się dotrzeć do niego z opóźnieniem. Po części dlatego, że faktycznie było w nim coś, co chciało zostać usadzonym na siłę, po drugie, już o wiele bardziej jego - był oniemiały tym, jak można było stać nad kimś, trzymać go za włosy i mówić takie rzeczy, a jednocześnie dawać tej osobie wrażenie, że było to świadectwem twojej ostatecznej kapitulacji. To krótkie zawieszenie nie miało w sobie niezręczności, chociaż po kimś, kto zwykł górować nad swoimi partnerami, można się było jej spodziewać. Zamiast próby dominacji - natychmiastowa uległość. Przynajmniej pozorna. Zmieniając pozycję z siadu na kolana, Flynn czuł się jakby miał nad tym o wiele większą kontrolę niż Bletchley, co mogło wydawać się zabawne, bo na moment zapomniał oddychać. Dopiero z palcami wplecionymi pomiędzy czarne loki spróbował odetchnąć, ale wydał z siebie przy okazji dźwięk, jakby zachłysnął się przy tym powietrzem.
- To zmuś mnie - głos mu się trochę załamał, ale nijak się to miało do jego działań - desperacko złapał go za ten pasek, żeby pomóc mu przyspieszyć proces opuszczania spodni. To nie była szczególnie poetycka scena - jego myśli nie były skupione na krążących wokół emocjach, tylko na silnej potrzebie bycia przez niego użytym dla własnej przyjemności. Oh, Flynn nie żartował, mówiąc, że chciałby bawić się czymś innym niż dłonią i nawet jeżeli nie podejrzewał, że chłopak tak nagle puści w niepamięć trzy lata bycia przez niego kompletnie ignorowanym - jak miał nie przyjąć tego prezentu od losu? Co z tego, że ktoś mógł tutaj przyjść? Był przecież od Caina o wiele bardziej wyuzdany - ten cmentarz rysujący się w oddali, co on niby zmieniał - bawił i tyle, nie miał tu żadnej mocy sprawczej. Moc sprawczą miało tutaj to, że Bletchley był wybitnie śliczny i ciepły, a Bell chętnie spróbowałby dla niego czegoś innego niż do tej pory, nawet w budujących zwątpienie okolicznościach. On się przecież częściej kochał w takich niż w innych. Próbował różnych rzeczy - tylnych siedzeń aut, namiotów na biwakach, zadymionych toalet, gdziekolwiek pchało go tak dziwnie prowadzone życie - choćby i do ciasnego łóżka, w którym leżało zbyt wiele osób, żeby trzaskające radio grające The Rolling Stones mogło w jakimkolwiek stopniu zagłuszyć nasilające się stęknięcia. Kawałek trawy i chłopak, którego kochał nie od wczoraj, ale który miał do niego cholernego pecha - to tylko kolejny rozdział głupiej historii chorego człowieka. Dziwniejszą dla niego była rutyna - miłość trwająca długo i na zawsze, wspólne kredyty i mieszkania, decydowanie się na dzieci i te wszystkie inne rzeczy wiążące cię do jednej osoby do końca twoich dni. On był przecież dzieciakiem, nic nie szkodziło, że miał trzydzieści lat, dla niego czułość stała się poszukiwaniem rozkoszy i nauką dzielenia się z innymi, tylko wtedy nie czuł wiecznego strachu przed bólem samotności. - Zdecydowanie wolę dławić się twoim fiutem - niż słowami, chciał jeszcze powiedzieć, ale nie dokończył. O wiele bardziej wolał pokazać mu, jak niewiele potrzeba było, aby takie fantazje urzeczywistnić - spojrzał w górę, bo chciał zza tego dymu zobaczyć jego twarz. Chciał zobaczyć minę, jaka przejmie oblicze Bletchleya, kiedy on sam klęczy grzecznie na tej trawie, niestety bez kajdanek, ale z dłońmi splecionymi za plecami tak, żeby objąć go ustami bez ich pomocy. Czy to był widok warty zapamiętania w każdym detalu, dokładnie tak jak działała jego pamięć?
- Mam przez to rozumieć, że jestem twoim ulubionym chłopcem?
Jeżeli miał być na niego zły, jeżeli te trzy lata ciszy miały mieć aż takie znaczenie, jeżeli nad tą przepaścią nie było żadnego mostu, po którym mogli przejść, to dlaczego niby tak dobrze im się rozmawiało? Mimo tego... W jego odczuciu to był, na tym etapie jego postrzegania tej sceny i relacji pomiędzy nimi, bardzo dobry temat mający umilić samotność w dzisiejszy wieczór, nie coś mającego się urealnić, nawet jeżeli od ogarniającego go gorąca szczypały go policzki. No właśnie, szczypały go policzki. A te słowa, co teraz padły jakoś średnio leżały mu w głowie. Dopiero teraz zauważył, jak szybko zmienił się jego sposób myślenia, ale poczuł zaniepokojenie na ledwie kilka sekund, po których przyszła akceptacja. Bo wcześniej powiedział sobie w swoim wnętrzu, że nie był za Caina odpowiedzialny, a przynajmniej się takim nie czuł, a teraz zmarszczył nos, słysząc jak ten w siebie zwątpił. Czyli jednak mu zależało? Czy po prostu samolubnie chciał go teraz mieć dla siebie? Niezależnie od powodu - mógł z tym żyć.
- Kimś? - Przygryzł wargę, próbując zrozumieć, co on właściwie próbował mu przekazać. Przed chwilą powiedział, że jest Aurorem. Nie było ciężko postrzegać go jako kogoś wyjątkowego... - Kurwa, może coś w tym jest. - Przyznał, ale niechętnie. Nie dlatego, że go w ostatnim czasie oświeciło - nadal był tym samym perfidnym kłamcą co wcześniej i zachowywał dla siebie tak dużo jak tylko mógł bez wybuchnięcia płaczem w środku nocy, ale czasami, kiedy rzucał na siebie trochę światła i nie spotykało się to z głośnym pomrukiem niechęci, dawało mu to jakiś wewnętrzny spokój. Wiedział też, dzięki związkowi z nim właśnie, że to potrafiło być uspokajająco obustronne - wzajemne zrozumienie nawet mimo odkrywania swoich i najmocniej skrywanych elementów. - Spróbuj, ale wciąż uważam, że się poryczysz. Tylko żadnej hipnozy. - Nigdy przenigdy, będzie się zapierał rękoma i nogami byle ukryć wszystko to, o czym jego umysł zdecydował zapomnieć. Druga opcja nie brzmiała wcale źle, ale głównie dlatego, że narcystyczny jeżeli chodziło o własne umiejętności, nie zakładał nawet, że mógłby zobaczyć coś, czego sam by mu nie pokazał.
A później wydarzyło się... Coś. Pęknięcie. Pierwszą reakcją, jaką Bletchley mógł zobaczyć, był szeroki uśmiech, który wypełzł na twarz Flynna zaraz po wyrwaniu mu spomiędzy warg papierosa. Wesoło spoglądał w jego kierunku i chyba chciał coś powiedzieć, pewnie rzucić kolejnym z wielu dzisiaj żartów. Widząc, jak ten się podnosi, nie wydusił z siebie nic, a później... Zamarł. Nie dało się tego inaczej opisać. Zastygł w miejscu w szczerym szoku, z szeroko otwartymi oczami i głową zadartą do góry. To nie był pierwszy raz, kiedy nie wiedział, co powiedzieć, ale nigdy nie domyśliłby się, że głos ugrzęźnie mu w gardle z takiego powodu. Spodziewał się wyciągnięcia różdżki, zaklęcia wymierzonego w jego umysł, nie wybuchu nazbieranych w środku wyobrażeń.
To gorąco ogarniające jego ciało od dłuższej chwili stawało się nie do zniesienia, a napięcie w podbrzuszu i niżej dawało o sobie znać coraz mocniej. Ciężko było ukryć to jak bardzo go to kręciło, kiedy nosiło się aż tak obcisłe ubrania, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia.
Słowa Bletchleya zdawały się dotrzeć do niego z opóźnieniem. Po części dlatego, że faktycznie było w nim coś, co chciało zostać usadzonym na siłę, po drugie, już o wiele bardziej jego - był oniemiały tym, jak można było stać nad kimś, trzymać go za włosy i mówić takie rzeczy, a jednocześnie dawać tej osobie wrażenie, że było to świadectwem twojej ostatecznej kapitulacji. To krótkie zawieszenie nie miało w sobie niezręczności, chociaż po kimś, kto zwykł górować nad swoimi partnerami, można się było jej spodziewać. Zamiast próby dominacji - natychmiastowa uległość. Przynajmniej pozorna. Zmieniając pozycję z siadu na kolana, Flynn czuł się jakby miał nad tym o wiele większą kontrolę niż Bletchley, co mogło wydawać się zabawne, bo na moment zapomniał oddychać. Dopiero z palcami wplecionymi pomiędzy czarne loki spróbował odetchnąć, ale wydał z siebie przy okazji dźwięk, jakby zachłysnął się przy tym powietrzem.
- To zmuś mnie - głos mu się trochę załamał, ale nijak się to miało do jego działań - desperacko złapał go za ten pasek, żeby pomóc mu przyspieszyć proces opuszczania spodni. To nie była szczególnie poetycka scena - jego myśli nie były skupione na krążących wokół emocjach, tylko na silnej potrzebie bycia przez niego użytym dla własnej przyjemności. Oh, Flynn nie żartował, mówiąc, że chciałby bawić się czymś innym niż dłonią i nawet jeżeli nie podejrzewał, że chłopak tak nagle puści w niepamięć trzy lata bycia przez niego kompletnie ignorowanym - jak miał nie przyjąć tego prezentu od losu? Co z tego, że ktoś mógł tutaj przyjść? Był przecież od Caina o wiele bardziej wyuzdany - ten cmentarz rysujący się w oddali, co on niby zmieniał - bawił i tyle, nie miał tu żadnej mocy sprawczej. Moc sprawczą miało tutaj to, że Bletchley był wybitnie śliczny i ciepły, a Bell chętnie spróbowałby dla niego czegoś innego niż do tej pory, nawet w budujących zwątpienie okolicznościach. On się przecież częściej kochał w takich niż w innych. Próbował różnych rzeczy - tylnych siedzeń aut, namiotów na biwakach, zadymionych toalet, gdziekolwiek pchało go tak dziwnie prowadzone życie - choćby i do ciasnego łóżka, w którym leżało zbyt wiele osób, żeby trzaskające radio grające The Rolling Stones mogło w jakimkolwiek stopniu zagłuszyć nasilające się stęknięcia. Kawałek trawy i chłopak, którego kochał nie od wczoraj, ale który miał do niego cholernego pecha - to tylko kolejny rozdział głupiej historii chorego człowieka. Dziwniejszą dla niego była rutyna - miłość trwająca długo i na zawsze, wspólne kredyty i mieszkania, decydowanie się na dzieci i te wszystkie inne rzeczy wiążące cię do jednej osoby do końca twoich dni. On był przecież dzieciakiem, nic nie szkodziło, że miał trzydzieści lat, dla niego czułość stała się poszukiwaniem rozkoszy i nauką dzielenia się z innymi, tylko wtedy nie czuł wiecznego strachu przed bólem samotności. - Zdecydowanie wolę dławić się twoim fiutem - niż słowami, chciał jeszcze powiedzieć, ale nie dokończył. O wiele bardziej wolał pokazać mu, jak niewiele potrzeba było, aby takie fantazje urzeczywistnić - spojrzał w górę, bo chciał zza tego dymu zobaczyć jego twarz. Chciał zobaczyć minę, jaka przejmie oblicze Bletchleya, kiedy on sam klęczy grzecznie na tej trawie, niestety bez kajdanek, ale z dłońmi splecionymi za plecami tak, żeby objąć go ustami bez ich pomocy. Czy to był widok warty zapamiętania w każdym detalu, dokładnie tak jak działała jego pamięć?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.