Murtagh nie był świadomy scen rozgrywających się na parterze. No właściwie nie był do końca świadomy, bo słyszał dobiegające stamtąd odgłosy walki, trzask zaklęć a potem krzyk młodego Warda. Śmierciożerca zaklął w myślach nieprzyjemnie. Nie zakładał, że Auror wróci do domu tak szybko. Nie mieli w planach konfrontacji z nim, a raczej napiętnowanie go poprzez zniszczenie jego małego, miłego życia rodzinnego. Mimo to był pewien, że trzech Śmierciożerców z łatwością poradzi sobie z jednym młodym Aurorem. Nie rzucił się więc na pomoc Axelowi i Rodolphusowi a zamiast tego skupił na tym co miał do zrobienia on sam.
Kiedy mężczyzna odłożył broń na ziemię, Murtagh pokiwał głową z politowaniem. Byli tacy mali, bezbronni i pełni nienawiści. Typowi mugole. Dlaczego nie chcieli zrozumieć, że ich miejsce na świecie było pod czarodziejami, służąc im i korząc się przed nimi? Murtagh zamierzał przykładnie pokazać, co dzieje się z tymi, którzy nie wyznają podobnych przekonań jak on.
- Crucio... - wyszeptał delikatnie, niemal czule, zaś z jarzącego się na czerwono końca jego różdżki wystrzelił snop światła, godząc matkę Tristana prosto w pierś. Kobieta odrzuciła głowę do tyłu, opadając na poduszki i wyginając kręgosłup w spazmie bólu. Z jej gardła wydobył się zaś najpierw jęk, a potem już okropny krzyk bólu, przeciągłe "AAAaaa!" nie okraszone żadnymi słowami, które słychać można było w całym domu a przeszło w urywany szloch, kiedy Murtagh przerwał zaklęcie. Ojciec Tristana szarżował bowiem właśnie na niego, z uniesionym do góry mieczem i czarodziej w ostatniej chwili machnął różdżką, obezwładniając mężczyznę i posyłając miecz przez całą długość pokoju - wbił się w ścianę po drugiej stronie, wibrując jeszcze przez chwilę.
- Ty śmieciu... Ty nic nie warty, brudny, mały człowieczku... - oczy Murtagha emanowały teraz złością. Po części był zły na siebie, bo niemal dopuścił do tego, żeby ten mugol go zaatakował. Ale postanowił przelać tą nienawiść na nich. - Drętwota! - warknął, unieruchamiając mężczyznę, leżącego na ziemi.
Następnie podszedł do kobiety, wolną ręką złapał ją za włosy i wydarł z łóżka, niepomny na jej szlochy i jęki. Mamrotała prośby o pomoc, prośby żeby przestał, przepraszała i czepiała się każdego słowa, które - jak sądziła - mogłoby jej przynieść wolność. Murtagh otworzył drzwi sypialni i wyprowadził ją na korytarz, schodząc z nią po schodach - z różdżką cały czas wycelowaną w jej krtań.
- Panie Waard?! - zawołał głośno, zwracając się do tego, który walczył na dole z jego towarzyszami. - Mam coś co chyba do pana należy! Proszę z łaski swojej oddać moim towarzyszom swoją różdżkę. Po pierwsze dlatego, że po prostu pan na nią nie zasługuje, ale gdyby pan sam tak nie uważał, to proponuję zwrócić uwagę, że mam swoją różdżkę wycelowaną w coś co chyba dla pana jest cenne. - ten głośny monolog zakończył u stóp schodów, rozglądając się szybko by ocenić sytuację. Ta nie wyglądała wcale tak źle, z czego Murtagh był bardzo zadowolony. Nie mieli wcale tak dużo czasu, a sporo do zrobienia.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London