Każdy zasługiwał na odrobinę szczęścia. Na zrozumienie i akceptację. Na drugą szansę. Chciał dać to tej kobiecie, której oczy wyrażały więcej, niż setki słów, jakie mogły popłynąć jej czy jego warg. Bo pytać można o wiele rzeczy. Ale wiedza... Laurentowi nie zależało na tym, żeby człowiek, który będzie tu pracował był chodzącą encyklopedią. Kiedy Alexander do niego przyszedł wiedział tyle co nic. Ale był chętny się uczyć. Chciał pomóc, chciał pomagać, chciał uczciwie pracować. I teraz był jedyną osobą, zaraz obok Vincenta, którego Laurent zostawiał tutaj, żeby zajął się wszystkim, kiedy jego akurat nie będzie. Nie był wybitnie inteligentny, to nie był człowiek uczony. Ale miał serce i w swoich błędach pozwalał sobie na ten margines błędu i przede wszystkim - słuchał. Na wszystko można było znaleźć rozwiązanie, a Laurent uważał, że najważniejsze było to, żeby poradzić sobie ze swoimi wadami... ta mądrość odnosiła się do pracy. Ewentualnie w hipokryzji - do ludzi, którym próbował pomóc. Co wychodziło różnorako. Istotne jednak było teraz dla nas to, co działo się tutaj. Separując znajomości od pracy - Laurent nie wahał się zwolnić osoby, która mimo oferowania jej tego marginesu błędu i wsparcia nie była gotowa ani chętna do tego, żeby się poprawiać i naprawdę przykładać do tego, co robił. Znalezienie dobrego pracownika wcale nie było takie proste.
Michael był więcej niż zachwycony, aż pysk mu się uśmiechnął prezentując jego równiutkie zębiska, kiedy poczuł ulubiony zapach. Spojrzał przy tym na Laurenta tak, jakby był zwycięzcą jakiegoś wyścigu. Albo zakładu. Blondyn przyjrzał się czujnie cukierkowi, ale nie zaprotestował, a nawet skinął z przyzwoleniem głową, kiedy Jackie tak na niego spojrzała. Bo to prawda - nie wolno było przedawkować tego cukru... ale, ach, niech będzie! Nie miał nawet serca teraz odmówić w tym przekupstwie chociażby samemu Michaelowi, który owszem - posłuchałby, ale by się potem boczył. Pewnie czułby też urażoną dumę, że przed kimś, kto ma się "od niego uczyć" Laurent robi mu "sceny". Prawie jak żona, która bardzo chce zjeść ciasto, ale nie widzi aprobaty w oczach męża, ach! Będzie musiał jednak się upewnić, że Jackie nie będzie skłonna tak ulegać rumakowi, który bardzo chętnie będzie próbował swoich sił w tym duecie i przepychać się o siłę swojego zdania. Mankament istot, które były równie inteligentne, jak ludzie. Może nie równo... ale blisko. Bo bardzo wątpił, że Michael, choć był mądry, mógł opanować, no nie wiem, matematykę chociażby.
Nie. Prosta odpowiedź potrafiła budować zaufanie, albo je rujnować. W tym wypadku je bardzo mocno kruszyło. Czy mógł jej zaufać? Czy bardziej ufał Michaelowi? Skoro Michael uznał, koniec końców, że Jackie nie stanowi dla niego zagrożenia, a nawet się ucieszył z jej podarków, to tak... był skłonny uznać, że być może (być może) to było coś na tyle nieistotnego, żeby się tym nie przejmować. z drugiej strony nie ufał wcale instynktowi istot magicznych do końca. Bo instynkt to jedno, ale tutaj wchodziło też to, że abraksany miały to ludzkie rozumowanie, które potrafiło zwieść na manowce. A i nawet psa będziesz w stanie do siebie przekonać, jeśli odpowiednio to rozegrasz, że wcale nie jesteś włamywaczem, chociaż właśnie się włamałeś. To były, mimo wszystko, zwierzęta. Mogły nie być w stanie poprawnie wycenić zagrożenia. I kiedy pochłonęło go to zastanowienie, kiedy wręcz widać było w jego oczach, jak intensywnie rozkładał zagadnienie na części pierwsze, kiedy zbierał te pluski i minusiki zebrane w jego mniemaniu podczas tego spotkania - Jackie odezwała się znowu. Ku jego zaskoczeniu: zmieniając swoją odpowiedź. Ku bardzo pozytywnemu zdziwieniu.
- Nie ma potrzeby przepraszać za to, że nie było tego w panienki podaniu. Wręcz byłbym zdziwiony, gdyby było. - Och, umówmy się - nikt nigdy nie wpisuje, że regularnie choruje, że ciąży na nim klątwa, że... ma jakąś przewlekłą czy genetyczną chorobę. To nie stanowiło problemu. Nawet w zasadzie nie musiało wszystko wychodzić na początku, niektóre pokazywały się dopiero później. Z prostego powodu - pracodawcy niechętnie przyjmowali osoby, które miały jakiś... problem. Jakikolwiek. I takim sposobem kończyło się jako ten, który miał szansę na dobrą pracę, ale się przyznał. I wychodził z niczym. Laurent jednak uważał, że takie osoby tym bardziej potrafiły docenić to, że ktoś im umożliwił funkcjonowanie pomimo swoich ułomności. Choć potrafili być też tacy, którzy cwaniaczyli i próbowali wykorzystać takie sytuacje, ale, ah - nie chciał skreślać pojedynczych jednostek tylko ze względu na to, że kilka innych osób jego zaufanie zawiodło. Przynajmniej starał się tak funkcjonował.
- Nie, nie, panienko Carrow. - Zatrzymał ją pośpiesznie, kiedy tak chciała uciec z podwiniętym ogonem. - Chyba panienka lubi, kiedy się powtarzam. - Powiedział to z bardziej lekkim tonem, trochę żartobliwie, bo wcale tak nie uważał. - Chyba że nie jest panienka zainteresowana podjęciem okresu próbnego przy hodowli. - Klątwa... czyli jednak. Przekazywana przez matkę? Hmm... będzie musiał o to dopytać. Zamiana w bestie... w zwierzę? Gdyby to było groźne, Michale by się stroszył. Zresztą... Laurent poczuł żal dla tej kobiety. Współczucie losu, który targał ją od samego początku - na to wyglądało, skoro mówiła, że to było dziedziczne. Który nie mógł sprawiać, że było jej łatwo. - Chciałbym dopowiedzieć szczegóły umowy, jak godziny pracy, wynagrodzenie, pokazałbym panience grafik. I tak dalej. - Uśmiechnął się do niej ciepło. - Tak jak powiedziałem - to, co panienka wyjawiła, nie skreśla dla mnie wartości, jakie możesz wnieść do tego miejsca. Pozostanie to tajemnicą między nami.
Jeśli tylko Jackie dała się przekonać to właśnie podpisali umowę na okres próbny miesiąca - bo Laurent naprawdę wierzył w to, że ta kobieta na swoją szansę zasłużyła.