Burza zamknięta w jego błękitnych oczach, wykrzywienie warg w parszywym uśmiechu, o jedno westchnięcie za wiele – wszystko powracało do niej w gracją nieposkromionego sztormu. Nie wywoływał w niej za grosz współczucia, jedynie trawiącą, obezwładniającą złość – a te emocje bulgotały pod bladą powłoką skóry, wybijając się na pierwszy plan, trawiąc wszystko wokół – chciała, aby cierpiał; chciała, aby padł na kolana bezwiednie.
Nie mogła jednak tego uczynić na połach klatki schodowej, świdrującym spojrzeniem więc, wbiła w niego igły obezwładniającego wzroku, w którym roziskrzone gwiazdy nie prognozowały niczego dobrego. Zamrugała kilkukrotnie, czując, jak zmysł wzroku się wyostrza pod wpływem trawiącej złości. Był przed nimi ogołocony, bezbronny, a wciąż tak butny i arogancki w swej krasie.
Chciała go złamać; chciała, aby błagał o wybaczenie.
Może to te faktory dotykały jej do cna, wychylając się na scenę myśli, na pierwszy plan buńczucznego fatalizmu, który pokierował ją na amerykańską ziemię. Spojrzała na Dianę miękko; może to śnieżny pył, który jej zaoferowała, sprawił, że była tak niebagatelnie rozproszona?
Niewiele myśląc, a więcej działając, skierowała różdżkę ku Leandrowi, wykonując zaklęcie, które miało popchnąć go ku mieszkaniu, przyciskając go do jednej ze ścian we wnętrzu. Coś rozjuszyło się w niej bezpowrotnie, a pragnienie krzywdy urosło do miary gargantuicznej nieomal.
Sukces!
Jeśli zaklęcie się nie powiodło – była w końcu rozedrgana – wykonała ruch różdżką, który miał podjąć ponowną próbę zaklęcia.
Akcja nieudana