Nie czuł się dobrze z tym, jak zareagowała na jego słowa, a wręcz poczuł się źle. Jego klasyczna przypadłość mówienia odrobiny za dużo - i cóż z tego, że w dobrej wierze - nakładała kłopoty w tym słodkim raju, jaki próbował tworzyć dla większości osób, z którymi miał styczność. Olivia była jednak inna. Jej reakcje były dla niego ciężkie do przewidzenia i nie bardzo rozumiał, co się dzieje i jak się dzieje, kiedy była poddawana kolejnym bodźcom. Chciał się dowiedzieć. Znaleźć błąd i twisty w tych reakcjach oraz błędy w swoim postępowaniu. W tym, jak ją zrugał, poprawiłby co najwyżej formę - bo nie sam przekaz. Niestety nie ważne, jak ślicznie by to ujął to fakt pozostawał faktem - diabelnie go zmartwiła swoim charakterkiem, który akurat w najmniej sprzyjającym momencie pokazał swe rogi. Ach, samo przypomnienie sobie tego budowało w nim minimum frustracji, kiedy, tak jak było powiedziane, myślał o tym, jak bardzo źle mogło się to skończyć. Ale to nieważne, bo ważne, że teraz byli tutaj i ona... ona... Starał się utrzymać fason i niekoniecznie nadmiernie wychodzić ze swoimi słabościami. Albo nie, to źle ujęte. Nie chciał, żeby Quirke widziała go w złym świetle. Mniej idealnym. I może to był błąd? Być może, ale miał do utrzymania nieco więcej poza własną wygodą.
Laurent w szoku spojrzał, jak ta się podnosi i zaczyna... ubierać. Już jak zaczęła to pośpiesznie odwrócił wzrok, aż wstał i obrócił się do niej plecami, z lekkim roztargnieniem spoglądając, czy czasem nikt nie patrzy. Czy to znaczyło tyle, że był pruderyjny? Ha... Każdy miał jednak jakiś próg wstydu, a przede wszystkim przecież nie wpadało spoglądać, jak dama się przebiera! I to obca. Bo nagość sama w sobie nie zawstydzała go, a przynajmniej nie do tego stopnia, w jakim powinna.
- Wybacz, Olivio, ale nie do końca rozumiem. - Był naprawdę skonfundowany, miał wrażenie, że nadają na dwóch różnych wymiarach i chociaż starali się złapać siebie wzajem, to ciągle się przez to przeskakiwali, zamiast doskakiwać do swojego poziomu. To nie był równy taniec. Raczej przypominał jakiegoś połamańca, co mocno wytrącało Laurenta z jego równowagi. To nie wpływało na jego nerwy, raczej na potrzebę poszukiwania rytmu, w jakim Olivia tańczyła. W końcu potrzebował tego, żeby przybrać odpowiednią ramę swoich ramion dla Olivii, żeby mogła zabłysnąć jako tancerka. To się nie udawało. Z jego dwóch kroków zaczynały się robić trzy w tył. - Czy życzysz sobie, żebym cię nie niepokoił więcej? - Miał sobie pójść? To nie było problemem, jeśli tylko jego osoba sprawiała jej dyskomfort... ale z drugiej strony spojrzała na niego tak, jakby w zasadzie chciała, żeby się pojawił. Czy to teraz jego słowa wywołały uraz? W takich wypadkach był troszkę nieustępny, bo chociaż żałował efektów takich słów to wcale nie uważał, żebyy powiedział coś źle w kwestii treści. Tylko właśnie - mógłby inaczej, łagodniej.
Obrócił się w końcu do niej na moment, żeby zobaczyć ten grymas jej twarzy i pomimo tego, co wyczyniała, starając się skupić spojrzenie na jej twarzy, podszedł do niej i złapał ją za ramiona, żeby przestała się szarpać z tą koszulką. To naprawdę nie mogło jej służyć, pewnie zaraz dostałaby niezłą reprymendę od jednego z lekarzy, gdyby ten się tu zjawił.
- Olivio, proszę... jeśli chcesz to pójdę, to przecież nie ty powinnaś stąd wychodzić w takim stanie. - Nie rozumiał. Zupełnie nie rozumiał jej zachowania. Pomógł jej usiąść i najwyżej okrył czymś... chociażby kołdrą, jeśli trzeba było. Nie mogła się przecież tak szybko dobrze czuć i skakać tutaj jak sarenka. - Oczywiście, że będzie. - Powiedział bez cienia wątpliwości. Nie było innej możliwości - zadba o te hipogryfy najlepiej jak potrafi. Liczył tutaj na porady Abbyego. To, co powiedziała dalej tylko bardziej go skonfundowało. Nie odpowiedział nawet od razu. Jej uśmiech nie pasował do tych słów. Czy ona się przed czymś broniła? Wzbraniała? Czy... teraz dopiero przyszło mu to do głowy. - Nie traktowałem cię w żadnym momencie jak dziecka. - Co za... absurdalna insynuacja. Czy to naprawdę był żart? Jeśli tak to bardzo niekomfortowy, przynajmniej jego tknęło - i znów było to poczucie winy. - Dlaczego uważasz, że moje zmartwienie dla ciebie miałoby oznaczać coś takiego? Przepraszam, jeśli potraktowałem cię nieodpowiednio, zrobiłem jednak wszystko co w mojej mocy, żebyś w tamtej sytuacji była bezpieczna i nie miała poczucia, że możesz się jedynie stać i przyglądać. Najwyraźniej pomyliłem się w swojej ocenie sytuacji. - Jakie to było naprawdę... ach. Czuł się w tym coraz bardziej zagubiony, ale nie pozwalał sobie na pokazywanie tego.