Uśmiech Perseusa dodał Delacour otuchy. Miło było dostrzec twarze, które mimo dość przelotnej znajomości, są jej przychylni. Zarówno z panem Blackiem jak i jego małżonką łączyły ją zainteresowania uzdrowicielskie. Wprawdzie widziała ich dziś w strojach niepopularnych na szpitalnych korytarzach, ale kto na bal przychodzi w kitlu?
- Jestem tu dziś raczej w charakterze obserwatora oraz moralnego wsparcia. Licytacją zajmuje się mój… - Urwała wpół zdania, kiedy ułożona na plecach dłoń wywołała w niej niespodziewany dreszcz. Zwróciła się twarzą do Bulstrode’a. - Atreusie - uśmiechnęła się szerzej na znajomą twarz. - Pozwól, że ci przedstawię Perseusa Blacka, magipsychiatrę z Lecznicy Dusz, który w całej swej skromności nie dodał, że poznaliśmy się, bo zdecydował się mi pomóc podczas zamieszek w Londynie. - Nie było to tajemnicą i nie miała potrzeby udawać, że było inaczej. Posłała czarodziejowi ciepły uśmiech i przeniosła wzrok na aspirującą uzdrowicielkę. - Eunice Black, małżonka Perseusa, stażystka w Szpitalu św. Munga na moim wydziale. Z Elliotem Malfoyem już się znacie. - Nie było powodu, by przedstawiać sobie znające się nawzajem osoby. - A to Atreus Bulstrode, auror, mój narzeczony. - Słowo narzeczony z zadziwiającą łatwością przeszło jej przez gardło. Nie przypuszczała, że z taką lekkością przyjdzie jej zmiana nastawienia do zaistniałego stanu rzeczy.
Gdy na scenie pojawiły się kolejne prezentowane na aukcji przedmioty, wsłuchiwała się w licytację bez większego zainteresowania. Chałtura była daleka od jej preferencji spędzania wolnego czasu, nawet jeśli filantropia i pomoc potrzebującym stały na szczycie jej aspiracji. Z jej metodami nie każdy mógłby się zgodzić, zapewne nie wśród osób obecnych na przyjęciu. W pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na zastanawiające zachowanie Atreusa i wzrok sięgający ku scenie oraz licytującym kolejne przedmioty. To znów ta dłoń, której bliskości podczas dzisiejszego wieczoru się nie spodziewała, zmusiła czarownicę do zwrócenia się ku narzeczonemu z kłębiącym się wyraźnie w spojrzeniu zdziwieniem.
- W porządku. Do zobaczenia, udanych licytacji - zgodziła się z Bulstrode, a następnie pożegnała z rozmówcami, by pełna nieświadomości dać się poprowadzić w głąb sali. Mimo iż miała świadomość ekscentrycznych pomysłów Atreusa, tak zupełnie nie spodziewała się zastanych na ich drodze osób.
Uderzyła ją nagła fala ciepła, ogarniająca całe ciało w zdenerwowaniu. Czerwień wpłynęła na kobiece policzki, dając świadectwo targającym nią emocjom, dla postronnych mogąc oznaczać zwykłe zagubienie, dla osób jej bliskich będąc jasną oznaką wstydu.
- Bardzo… bardzo miło mi poznać - zdołała z siebie wyrzucić zduszonym głosem o wyschniętym gardle, gdy jej wzrok spoczął na Faye i Adelardzie. Od dwóch lat unikała tego konkretnego Longbottoma, niezadowolona z podjętych przez siebie niegdyś życiowych decyzji. Jego widok przypomniał Elaine o niezdecydowaniu i braku odwagi, jakie popchnęły ją wtedy do zerwania kontaktu z mężczyzną, którego w tamtych dniach w obrębie własnego serca nazywała nieśmiało miłością życia, a co dziś zmuszało do plucia sobie brodę, do skrywania żalu, jakiego nie śmiała przed nikim odsłonić.
Pospiesznie uciekła wzrokiem od Adelarda, czując, że przelotne spojrzenie wybrzmiewa w jej wykonaniu jak uporczywe gapienie. Przeniosła wzrok na jego małżonkę, od razu wyłapując w brzuchu uścisk zdenerwowania. Kobieta była nieco od niej niższa, ale olśniewająco piękna. Zamknięte w piersi serce Delacour zabiło mocno, głos utknął w gardle, a w głowie zaczęły gromadzić się niechciane myśli.
- Miałam przyjemność widzieć cię na deskach teatru. Niesamowity talent - zdołała zmusić się do uśmiechu, gdy zwracając się do Faye, starała się wybrzmieć neutralnie. Czy jej zdenerwowanie zostanie uznane za nieśmiałość wobec obecności wielkiej gwiazdy? Taką miała nadzieję. - Bardzo i miło, móc poznać się osobiście - dodała jeszcze dla umocnienia wiarygodności. Choć wprawdzie rzadko bywała w miejscach uznawanych za kulturalne, całe swoje dorosłe życie poświęcając pracy, rzeczywiście widziała ją kiedyś w przybytku Selwynów, wtedy jeszcze nie zwracając tak wielkiej uwagi na początkującą śpiewaczkę. Dopiero gdy natknęła się na jej zdjęcie w towarzystwie Longbottoma na łamach gazety w kolumnie towarzyskiej, poczuła nieopisaną zazdrość. Nie dla jej talentu, urody czy sławy, a dla zainteresowania mężczyzny, u którego boku mogła się dziś pojawić.
- Adelardzie, dobrze cię widzieć. Od naszego ostatniego spotkania minęły całe wieki - zdecydowała się wreszcie przenieść wzrok na Longbottoma, odważnie sięgając ciemnych oczu, w których niegdyś uwielbiała tonąć bez opamiętania. Całe wieki było mocnym nadużyciem dla dwóch lat rozłąki. W odczuciu Delacour czas ten dłużył się w nieskończoność, nie było innego sposobu, jak rzucić się w wir pracy, byleby nie myśleć, byleby nie żałować.
Po raz pierwszy od dawna zaczęła ubolewać, że przez właściwości krwi nie jest w stanie doświadczyć alkoholowego otępienia. W tak krępującej sytuacji byłoby jak znalazł. Z zaskoczeniem natomiast przyjęła słowa Atreusa o opuszczeniu ich towarzystwa. Nie potrafiła zachować powagi czy neutralności wzroku; w trakcie tej krótkiej chwili posłała wymowne spojrzenie ”Dlaczego znowu mi to robisz?!” i zaraz schowała się za własnym kieliszkiem, upijając łyk szampana.
- Zdradzisz mi proszę rąbek tajemnicy? - zwróciła się ponownie do Faye, nie chcąc tkwić w krępującej dla siebie ciszy. - W jakim akompaniamencie będzie można cię wkrótce usłyszeć?