14.11.2023, 21:18 ✶
- Nie podnoś - warknęła, jednocześnie machając lekko różdżką i zmuszając tym samym drzwi do zamknięcia się. Adrenalina buzowała w żyłach, gdzieś z tyłu głowy jakiś głosik szeptał, że... dlaczego, do cholery, ze wszystkich śmierciożerców, wysłano właśnie jego. Ktoś wiedział, że on ma największe szanse na wykonanie zadania? Że to w jego przypadku najbardziej się zawaha przed użyciem zaklęć, mającymi skrzywdzić? Bo choć nie znała Rookwooda specjalnie długo, to jednak zdążyła poznać go na tyle, żeby poczuć jakąś cienką nić sympatii.
Cienką – przecież zaliczał się do tych, których szczerze nienawidziła, ale jednak miała w nim sprzymierzeńca, który pomógł chociażby w odnalezieniu się w pracy po tym, jak oficjalnie do niej "wróciła" po wypadku. Czy wiedział, czy podejrzewał, że Carrow nie była Carrow? Nie potrafiła stwierdzić.
Mogła tylko przypuszczać - tak jak i ona przypuszczała w jego przypadku, bo przecież o wielu rzeczach nie rozmawiali i nie otwierali aż tak serc i umysłów przed sobą - że zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wszystko było takie, jakie mogłoby się wydawać. Wierny i oddany sprawie syn Rookwoodów? Cóż, niby podążał ścieżką wytyczoną przez własnego ojca, a jednak... jednak gdzieś w tym wszystkim brakowało tej iskry fanatyzmu sprawiającej, iż nie zastanawiałby się nad niczym, tylko z pieśnią na ustach, ku chwale Voldemorta, siałby zniszczenie w jego imieniu. Gdzieś tam wyczuwała, że tak naprawdę nie ze wszystkim się zgadzał.
A ona? Niby amnezjatorka z doświadczeniem, a jednak potrzebowała nakierowania; choć oczywiście jak najbardziej to mógł być efekt uboczny...
Poczuła, jak zasycha jej w ustach.
Tak, jeśli faktycznie został wysłany - to aż za dobrze wiedzieli, kogo należy wysłać.
Nie opuszczała swojego kijka, nie spuszczając spojrzenia z Ulyssesa. Cofnęła się krok, dwa, jakby chciała zwiększyć dystans. Pierś kobiety falowała, unosząc się opadając na przemian w dość szybkim oddechu; a zwykle przecież wydawała się być opanowana - jednak zdecydowanie nie teraz. Włosy nie były tak rude, jak pamiętał, tylko przyciemnione, a twarz... wszelkie piegi zostały ukryte; zresztą magia makijażu sprawiała, że wyglądała inaczej. Maskowała się. Dlaczego? Ba, wyglądało nawet, że nie zdążyła się przebrać, skądkolwiek niedawno wróciła. Z czegoś bardziej oficjalnego. Gdzieś za plecami dało się dostrzec chaos – jakby się pakowała, naprędce decydując, co ma ze sobą zabrać, a co… zniszczyć?
- Jeszcze mi powiesz, że sam wpadłeś na to sprawdzenie? Przecież jeszcze powinieneś być w pracy – spytała nieufnie; przecież sam fakt, że upłynęło bardzo niewiele czasu od zakończenia zmiany uruchamiał alarmowy dzwonek. Nie atakowała, aczkolwiek niewątpliwie była gotowa to zrobić, gdyby uznała, że Rookwood stwarza zagrożenie. Jakby… nie miała już nic do stracenia? No dobra, miała, ale już nie w życiu Alanny Carrow. Ta część świata po prostu przestawała istnieć i jakby… była zdecydowana zrobić wszystko, żeby porzucić to za sobą. Co nie znaczyło, że pragnęła przelać krew, a już na pewno nie krew Rookwooda.
Bodaj jedynej osoby w tym życiu, której nazwanie „przyjacielem” mogłaby rozważyć.
Cienką – przecież zaliczał się do tych, których szczerze nienawidziła, ale jednak miała w nim sprzymierzeńca, który pomógł chociażby w odnalezieniu się w pracy po tym, jak oficjalnie do niej "wróciła" po wypadku. Czy wiedział, czy podejrzewał, że Carrow nie była Carrow? Nie potrafiła stwierdzić.
Mogła tylko przypuszczać - tak jak i ona przypuszczała w jego przypadku, bo przecież o wielu rzeczach nie rozmawiali i nie otwierali aż tak serc i umysłów przed sobą - że zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wszystko było takie, jakie mogłoby się wydawać. Wierny i oddany sprawie syn Rookwoodów? Cóż, niby podążał ścieżką wytyczoną przez własnego ojca, a jednak... jednak gdzieś w tym wszystkim brakowało tej iskry fanatyzmu sprawiającej, iż nie zastanawiałby się nad niczym, tylko z pieśnią na ustach, ku chwale Voldemorta, siałby zniszczenie w jego imieniu. Gdzieś tam wyczuwała, że tak naprawdę nie ze wszystkim się zgadzał.
A ona? Niby amnezjatorka z doświadczeniem, a jednak potrzebowała nakierowania; choć oczywiście jak najbardziej to mógł być efekt uboczny...
Poczuła, jak zasycha jej w ustach.
Tak, jeśli faktycznie został wysłany - to aż za dobrze wiedzieli, kogo należy wysłać.
Nie opuszczała swojego kijka, nie spuszczając spojrzenia z Ulyssesa. Cofnęła się krok, dwa, jakby chciała zwiększyć dystans. Pierś kobiety falowała, unosząc się opadając na przemian w dość szybkim oddechu; a zwykle przecież wydawała się być opanowana - jednak zdecydowanie nie teraz. Włosy nie były tak rude, jak pamiętał, tylko przyciemnione, a twarz... wszelkie piegi zostały ukryte; zresztą magia makijażu sprawiała, że wyglądała inaczej. Maskowała się. Dlaczego? Ba, wyglądało nawet, że nie zdążyła się przebrać, skądkolwiek niedawno wróciła. Z czegoś bardziej oficjalnego. Gdzieś za plecami dało się dostrzec chaos – jakby się pakowała, naprędce decydując, co ma ze sobą zabrać, a co… zniszczyć?
- Jeszcze mi powiesz, że sam wpadłeś na to sprawdzenie? Przecież jeszcze powinieneś być w pracy – spytała nieufnie; przecież sam fakt, że upłynęło bardzo niewiele czasu od zakończenia zmiany uruchamiał alarmowy dzwonek. Nie atakowała, aczkolwiek niewątpliwie była gotowa to zrobić, gdyby uznała, że Rookwood stwarza zagrożenie. Jakby… nie miała już nic do stracenia? No dobra, miała, ale już nie w życiu Alanny Carrow. Ta część świata po prostu przestawała istnieć i jakby… była zdecydowana zrobić wszystko, żeby porzucić to za sobą. Co nie znaczyło, że pragnęła przelać krew, a już na pewno nie krew Rookwooda.
Bodaj jedynej osoby w tym życiu, której nazwanie „przyjacielem” mogłaby rozważyć.