15.11.2023, 05:40 ✶
Pokręcił lekko głową, uśmiechając się przy tym jakby z niedowierzaniem. W takim razie nie pozostawało mu nic innego, jak kurczowo trzymać się życia chyba tylko po to, żeby Cynthia nigdy nie musiała być zawiedziona jego spóźnialstwem. Brzmiało to może co najmniej śmiesznie, albo przynajmniej pewnie trafiłaby się przynajmniej jedna osoba, która oceniłaby to w ten sposób, ale któż nie znał niemożliwych żartów pod tytułem 'jak umrzesz, to cię zabiję'? Dla niego wpisywały się w kategorię tych, które w swojej niemądrości wskazywały jednak na znajomości wręcz przyjacielskie. Albo przynajmniej na niektórych płaszczyznach zażyłe.
Nawet nie mrugnął okiem, kiedy poczuł na siebie jej czujne, lustrujące spojrzenie, bo w sumie się trochę takiego traktowania spodziewał i to wcale nie dlatego, że przyjemnie było na niego patrzeć, a dlatego że przyszedł tutaj w celu, który trochę sugerował tego typu oględziny. Kiedy usiadła obok niego, usadowił się lepiej na kanapie, nieco poprawiając to jak siedział, tak by wygodniej było im prowadzić rozmowę.
- Jeśli nie jesteś dzisiaj zbyt łaskawa w tym temacie i przeprosiny nie wystarczą, zawsze możemy pomyśleć nad jakąś inną rekompensatą - odpowiedział, niby to skruszony, jednak w kącikach ust czaiła się charakterystyczna dla niego zaczepka i ciekawość, co też w odpowiedzi na nią się wydarzy. Chociaż to wcale nie było tak, że właśnie teraz podrywał, albo przynajmniej nie bardziej niż zwykle.
Bez skrępowania również zajrzał jej w oczy, kiedy przeniosła na niego swój wzrok. Często łapał się na tym, że zwyczajnie dziwił się, że Flint nie była jakąś utkaną z mgły wilą, albo chociaż selkie, która swój sekret skrywała przed światem. Jej błękitne, jasne oczy oczarowywały, a srebrzyste włosy mogły sugerować, że w jej narodzinach palce maczała jakaś mącąca w głowie magia. Niestety, albo na szczęście, zależy w sumie od perspektywy, Bulstrode dawno przekonał się, że Cynthia uważała za kobieciarza, co niekoniecznie korzystnie wpływało na jego podchody, a potem ich relacja, kiedy już się ze sobą 'oswoili' popłynęła w nieco innym, o wiele spokojniejszym kierunku.
- Miło mi to słyszeć - odpowiedział z miękkością, która kontrastowała mimo wszystko z nonszalancką pozycją, jaką zajął na dzielonym przez nich siedzisku. - Louvain? No proszę. Nie skłamię ani trochę, jeśli powiem że mu cholernie zazdroszczę - uśmiechnął się do niej zawadiacko. Potem jednak wyraz jego twarzy rozpłynął się nieco, nabierając znamion melancholii. W przeciwieństwie do niej, odwrócił spojrzenie, niby to przypadkiem, w wygodny sposób kierując je na skrzatkę, która właśnie przyniosła tacę. - Żarty żartami, ale liczyłem na to, że będzie mi dane zanieść ten Elaine - spojrzał na Cynę krótko, by zaraz przenieść wzrok w dół, na materiał marynarki, który wygładził. - Ale niestety, nie pojawiła się na święcie. A ja nie zaniosłem na pal żadnego wianka - i nawet nie było to żadne kłamstwo, bo ze wspomnianego słupa zjechał z kretesem raz za razem, a cała zabawa skończyła się na tym, że to Brenna wrzuciła jego wieniec na samą górę i to bez większego problemu. Było w tej sytuacji coś absurdalnie wręcz przewrotnego, bo na wspomnienie o narzeczonej mimo wszystko czuł zawód. Pustkę, która pęczniała gdzieś wewnątrz, wciąż świeża, żywa i czekająca na ostateczny cios, czyli zerwanie całego ich układu. A mimo to, kiedy tylko w jego myślach pojawiła się Brenna, poczuł rozlewające się wewnątrz ciepło. Nie tak dzikie i agresywne jak to uczucie które towarzyszyło mu, kiedy napił się herbaty z amortencją i chciał wyznawać jej miłość, ale takie o wiele spokojniejsze i łagodne w swej naturze. Wciąż jednak naglące i zwyczajnie dziwne. Bo przecież do tej pory nie znali się tak dobrze i zdawało się, że dzieli ich więcej niż łączy.
Nawet nie mrugnął okiem, kiedy poczuł na siebie jej czujne, lustrujące spojrzenie, bo w sumie się trochę takiego traktowania spodziewał i to wcale nie dlatego, że przyjemnie było na niego patrzeć, a dlatego że przyszedł tutaj w celu, który trochę sugerował tego typu oględziny. Kiedy usiadła obok niego, usadowił się lepiej na kanapie, nieco poprawiając to jak siedział, tak by wygodniej było im prowadzić rozmowę.
- Jeśli nie jesteś dzisiaj zbyt łaskawa w tym temacie i przeprosiny nie wystarczą, zawsze możemy pomyśleć nad jakąś inną rekompensatą - odpowiedział, niby to skruszony, jednak w kącikach ust czaiła się charakterystyczna dla niego zaczepka i ciekawość, co też w odpowiedzi na nią się wydarzy. Chociaż to wcale nie było tak, że właśnie teraz podrywał, albo przynajmniej nie bardziej niż zwykle.
Bez skrępowania również zajrzał jej w oczy, kiedy przeniosła na niego swój wzrok. Często łapał się na tym, że zwyczajnie dziwił się, że Flint nie była jakąś utkaną z mgły wilą, albo chociaż selkie, która swój sekret skrywała przed światem. Jej błękitne, jasne oczy oczarowywały, a srebrzyste włosy mogły sugerować, że w jej narodzinach palce maczała jakaś mącąca w głowie magia. Niestety, albo na szczęście, zależy w sumie od perspektywy, Bulstrode dawno przekonał się, że Cynthia uważała za kobieciarza, co niekoniecznie korzystnie wpływało na jego podchody, a potem ich relacja, kiedy już się ze sobą 'oswoili' popłynęła w nieco innym, o wiele spokojniejszym kierunku.
- Miło mi to słyszeć - odpowiedział z miękkością, która kontrastowała mimo wszystko z nonszalancką pozycją, jaką zajął na dzielonym przez nich siedzisku. - Louvain? No proszę. Nie skłamię ani trochę, jeśli powiem że mu cholernie zazdroszczę - uśmiechnął się do niej zawadiacko. Potem jednak wyraz jego twarzy rozpłynął się nieco, nabierając znamion melancholii. W przeciwieństwie do niej, odwrócił spojrzenie, niby to przypadkiem, w wygodny sposób kierując je na skrzatkę, która właśnie przyniosła tacę. - Żarty żartami, ale liczyłem na to, że będzie mi dane zanieść ten Elaine - spojrzał na Cynę krótko, by zaraz przenieść wzrok w dół, na materiał marynarki, który wygładził. - Ale niestety, nie pojawiła się na święcie. A ja nie zaniosłem na pal żadnego wianka - i nawet nie było to żadne kłamstwo, bo ze wspomnianego słupa zjechał z kretesem raz za razem, a cała zabawa skończyła się na tym, że to Brenna wrzuciła jego wieniec na samą górę i to bez większego problemu. Było w tej sytuacji coś absurdalnie wręcz przewrotnego, bo na wspomnienie o narzeczonej mimo wszystko czuł zawód. Pustkę, która pęczniała gdzieś wewnątrz, wciąż świeża, żywa i czekająca na ostateczny cios, czyli zerwanie całego ich układu. A mimo to, kiedy tylko w jego myślach pojawiła się Brenna, poczuł rozlewające się wewnątrz ciepło. Nie tak dzikie i agresywne jak to uczucie które towarzyszyło mu, kiedy napił się herbaty z amortencją i chciał wyznawać jej miłość, ale takie o wiele spokojniejsze i łagodne w swej naturze. Wciąż jednak naglące i zwyczajnie dziwne. Bo przecież do tej pory nie znali się tak dobrze i zdawało się, że dzieli ich więcej niż łączy.