Znowu ona... dobre pytanie. Brenna po prostu... miała za dobre serce. Chciała wszystkim pomóc. Tak też chciała pomóc jemu. Usiadł na miejscu, gdzie kobieta postawiła szklankę z apetyczną zawartością, na której oparł długie, chude palce. Zapach truskawek był przyjemną odmianą od zapachów Londynu. Lubił w tym domu to, że mimo znajdowania się na ruchliwej ulicy był tu spokój. Czasami wręcz dziwna cisza dzwoniła mu w uszach, bo przyzwyczajony był do ciągłego zgiełku New Forest - krzyki mew, śpiew morza, nawolywania zwierząt i świergot ptaków w lesie. Teraz to nie szum mu towarzyszył a krzyk własnych myśli. Miał uporczywe wrażenie, że jego umysł rozpadał się jak kawałki porcelany. Już raz był w takiej sytuacji i zamiast sięgnąć po pomoc bliskich - po prostu uciekł. Zajął się światem hedonizmu, uciech i zupełnie zatracił, co skończyło się tragicznie. Haniebnie. I chociaż jeszcze miesiąc temu tak się zarzekał, że się nauczył na własnych błędach, że przecież nie jest głupcem - dwa razy nie popełnia się tego samego błędu to właściwie czuł, że mógłby się puścić i opaść z powrotem w ten słodko-nieprzytomny świat. Zapomnieć się i puścić wodze odpowiedzialności za własne zdrowie. Z którym wcale nie było coraz lepiej, a wręcz przeciwnie przez wzbierający stres i wszystkie wydarzenia, które miały miejsce wokół.
- Pójdę. Skonsultuje się z psychologiem. - Puścił szklankę i oparł dłoń na czole, pochylając głowę. Czemu go to wszystko tak denerwowało? Skąd to nieprzyjemne uczucie, żeby odepchnąć od siebie wszystko i wszystkich, żeby zamknąć się w swoim świecie i już nikogo nie wpuszczać, nie dopuszczać? Skąd to brzydkie uczucie niechęci? Nie chciał kierować do świata negatywnych uczuć, nie chciał chować uraz, złościć się na kogoś, szczególnie, kiedy nie widział nawet ku temu podstaw. To się nawarstwiało. Ochłapy przylepione do piwnicy chowanych brudów odpadały i zasypywały tę piwnicę na nowo. Miała służyć do porządkowania życia, ale źle ją zbudowano. Doprowadziła do zawalenia się całego domu. Na chwilę zagościła cisza z jego strony. Otworzył oczy patrząc na przemielone truskawki z tą powoli topniejącą kostką lodu i miał ochotę rzucić nią o ścianę. Jednocześnie wcale nie miał na to energii. Dwie sprzeczności tkwiły w nim od początku tego dnia, a nawet i nie. Tworzyły się w nim już wcześniej.
- Miesiąc temu po raz pierwszy pozwoliłem sobie na to, żeby się zakochać. - Pozwolił sobie - bo zawsze bardzo pilnował to swoje głupie serduszko, żeby nie nabierało skrzydeł i nie próbowało ulecieć z klatki piersiowej. Ale Kayden sprawił, że stracił nad tym kontrolę. To się po prostu stało. - Wydawało mi się to obustronne. Spoglądała na mnie inaczej, wiesz... inaczej. - Ta miłość. I nie sięgał po jego ciało. Sądził, że to było to. Tak mu się wydawało. - Teraz już nie mamy ze sobą kontaktu, choć nie wiem, co zrobiłem nie tak. Jak mrugnięcie okiem - masz coś wspaniałego, a kiedy mrugniesz zostaje ci tylko wspomnienie. - Laurent się kochał w ulotnościach, ale to... to bolało. - Chciałem ocalić wczoraj inną przyjaźń i skończyło się jak zawsze. A oni chcą, żebym się żenił. - Aydaya przede wszystkim, bo końcu postawiła swoje ultimatum. Że w swoje urodziny ogłosi ślub swoich dzieci. Położył jedną dłoń na blacie i spojrzał na bliznę po cięciu na nadgarstku, która pozostała mu ze statku. To nie było wcale takie złe. Ta śmierć. Była na końcu taka spokojna. Taka błoga... Tylko pozostawiała tyle myśli o tym, jak wiele jeszcze można było zrobić i jak wielu osobom trzeba było pomóc. - W tle jacyś Śmierciożercy i widma w Dolinie Godryka, Zimni, ludzkie tragedie. Ten świat krwawi. Te moje śmieszne problemy są jak pyłek na wietrze, ale czuję się taki zmęczony.