15.11.2023, 23:02 ✶
– Statystyki to nawet nigdy nie próbowałam, bo nie zapełniłam tyle cel w Azkabanie, co ty. Chyba że sięgałabym po inne liczby, na przykład… ile razy w tym miesiącu wpadłam do jakiegoś rowu, spadłam ze schodów albo coś takiego, ale nie jestem pewna, czy to na kimś zrobiłoby wrażenie. I chyba sprawa jest przegrana, bo kurde, nie umiem otwierać piwa o płot – westchnęła cierpiętniczo. Po czym przystanęła, czekając cierpliwie aż Alek wpisze się do księgi, porozmawia z Willow i zrobi wszystko, co jeszcze zrobić mógł. A na słowa o światełku uśmiechnęła się lekko. – Póki to nie kociołek na ogniu, to nie jest tak źle.
Brenna tak naprawdę nie zakładała, że zginą, ale miała skłonności aby, po pierwsze, spodziewać się wszystkiego, po drugie niekiedy trochę wyolbrzymiać w swojej paplaninie. Niektórzy mieli wrażenie, że mówiąc o takich rzeczach tak beztrosko, bagatelizuje zagrożenie… chociaż w istocie traktowała takie rzeczy bardzo poważnie.
Ale nie lubiła być poważna na co dzień. Inni byli poważni za nią.
Nie rozwinęła sprawy, póki tkwili na korytarzach Ministerstwa. Dopiero gdy aportowali się pośród drzew, na skraju wioski gdzieś na południowym wybrzeżu Anglii – zaledwie kawałek drogi od rezerwatu New Forest – wsunęła dłonie do kieszeni i zerknęła najpierw ku rozrzuconym po okolicy zabudowaniom, a potem na Alka. Wprawdzie Laurent zgłosił sprawę do Biura Aurorów, ale wątpiła, by Moody sprawdzał absolutnie każdy raport, jaki tam trafiał. Pewnie robił to tylko z tymi, o które ktoś go poprosił, czy powinien to robić on, czy nie.
– Mówiąc w skrócie, jakichś dwóch patałachów postanowiło zaatakować Cane’a. Nie śmierciożercy, bo nie mieli tych jakże gustownych szat i stylowych masek, więc w teorii po prostu ktoś mógł chcieć go wygryźć z interesu, ale podejrzewałabym, że mogą… sympatyzować. Ma pracownię w pobliżu, uciekł do New Forest i tam pomógł mu młody Prewett – wyrecytowała Brenna. W swojej paranoi oczywiście wiązała całą sprawę ze śmierciożercami, ale równie dobrze mogli to być rywale w interesach, przypadkowi czarodzieje, nie lubiący mugolaków albo ludzie, którzy dopiero chcieli zostać zwolennikami Voldemorta i uznali, że przyniesienie głowy mugolaka to dobry sposób na udowodnienie swojej wartości. Opcji było wiele i starała się żadnej nie wykluczać, póki nie mieli dowodów. – Cane pracował z jednym czarodziejem półkrwi, Benem. Napisał mi, że ten teraz nagle dziwnie się zachowuje, a już i przed samym atakiem nagle odwołał spotkanie. Może tylko się boi, że sam się narazi, a może to on go z jakichś powodów wystawił? Albo nawet sam zaatakował? Dość mocno się przyjaźnili, a przynajmniej Cane tak sądził, a że Cane był w sieci Zakonu… to na wypadek, gdyby chłopak czegoś się domyślał, nie chciałabym, żeby Bena przesłuchała jakaś nieodpowiednia osoba.
@Alastor Moody
Brenna tak naprawdę nie zakładała, że zginą, ale miała skłonności aby, po pierwsze, spodziewać się wszystkiego, po drugie niekiedy trochę wyolbrzymiać w swojej paplaninie. Niektórzy mieli wrażenie, że mówiąc o takich rzeczach tak beztrosko, bagatelizuje zagrożenie… chociaż w istocie traktowała takie rzeczy bardzo poważnie.
Ale nie lubiła być poważna na co dzień. Inni byli poważni za nią.
Nie rozwinęła sprawy, póki tkwili na korytarzach Ministerstwa. Dopiero gdy aportowali się pośród drzew, na skraju wioski gdzieś na południowym wybrzeżu Anglii – zaledwie kawałek drogi od rezerwatu New Forest – wsunęła dłonie do kieszeni i zerknęła najpierw ku rozrzuconym po okolicy zabudowaniom, a potem na Alka. Wprawdzie Laurent zgłosił sprawę do Biura Aurorów, ale wątpiła, by Moody sprawdzał absolutnie każdy raport, jaki tam trafiał. Pewnie robił to tylko z tymi, o które ktoś go poprosił, czy powinien to robić on, czy nie.
– Mówiąc w skrócie, jakichś dwóch patałachów postanowiło zaatakować Cane’a. Nie śmierciożercy, bo nie mieli tych jakże gustownych szat i stylowych masek, więc w teorii po prostu ktoś mógł chcieć go wygryźć z interesu, ale podejrzewałabym, że mogą… sympatyzować. Ma pracownię w pobliżu, uciekł do New Forest i tam pomógł mu młody Prewett – wyrecytowała Brenna. W swojej paranoi oczywiście wiązała całą sprawę ze śmierciożercami, ale równie dobrze mogli to być rywale w interesach, przypadkowi czarodzieje, nie lubiący mugolaków albo ludzie, którzy dopiero chcieli zostać zwolennikami Voldemorta i uznali, że przyniesienie głowy mugolaka to dobry sposób na udowodnienie swojej wartości. Opcji było wiele i starała się żadnej nie wykluczać, póki nie mieli dowodów. – Cane pracował z jednym czarodziejem półkrwi, Benem. Napisał mi, że ten teraz nagle dziwnie się zachowuje, a już i przed samym atakiem nagle odwołał spotkanie. Może tylko się boi, że sam się narazi, a może to on go z jakichś powodów wystawił? Albo nawet sam zaatakował? Dość mocno się przyjaźnili, a przynajmniej Cane tak sądził, a że Cane był w sieci Zakonu… to na wypadek, gdyby chłopak czegoś się domyślał, nie chciałabym, żeby Bena przesłuchała jakaś nieodpowiednia osoba.
@Alastor Moody
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.