16.11.2023, 00:45 ✶
Dla Flynna to była idealna zabawa. Słowa rzucone w niego tak nonszalancko, jakby ponad połowa świata miała nie uznać ich za przekroczenie wszelkich granic przyzwoitości, dla niego były przyjemną dla ucha melodią budującej się w Bletchleyu rozkoszy. I to było w tym piękne - dla tego uniesienia, dla satysfakcji, jaką widział w jego działaniach, czuł się gotowy do podporządkowania się nawet najbardziej skandalicznym rzeczom, jakie mogłyby panu Aurorowi przyjść na myśl. Każdy ruch głowy, każde przesunięcie języka, każdy odgłos wydawany przez zaciśnięte usta - wszystko było złożone z dźwięków ofiarności, to były nuty dobra skierowane ku dobru kogoś, kogo adorował tak po prostu, nawet jeżeli nie wyznaczał sobie w życiu żadnych konkretnych ścieżek. Dawanie sobie nieskończoności możliwości nie znaczyło jednak, że nie mógł dostosować swojej tonacji do czyjegoś istnienia - wręcz przeciwnie, nie sądził nigdy, żeby ktoś mógł pokochać go z całym ogromem jego wad, dlatego potrafił żyć jak kameleon. Przy nim nie musiał - zarówno on jak i Alexander mu to pełne kompleksów wyobrażenie o sobie rujnowali. Może jego anioł stróż wcale nie był pijany, ani nie uciekł dawno. Może jego anioł stróż był po prostu gejem? Bo on się tylko w takich momentach czuł w pełni chciany - kiedy ktoś go chciał tak bardzo, że nie potrafił się powstrzymać, kiedy go czcił każdym calem swojego ciała - to była bliskość, do której przywykł i dążył, a każdy wulgarny tekst wpleciony pomiędzy rytmiczne ruchy bioder, palce zaciśnięte na jego włosach tak mocno, że sporo z nich wyląduje na trawie, kiedy tylko Bletchley wyplecie z nich rękę - to było piękne świadectwo tego, że nie był w tym pożądaniu sam, nie tylko on się po drodze popsuł, nie tylko on uczynił swoją miłość czymś, co inni opisaliby jako brudne. Dla kogoś jeszcze na tym świecie bycie miłym i trzymanie się za ręce nie wystarczało, ktoś też potrzebował więcej i więcej, brał to garściami tak szybko i mocno, aż nie poczuł ulgi - tutaj nie dało czuć się samotnym. Nie zasługiwał na to. No i trudno.
Kiedy odsunął od niego twarz, nie mówił nic. Oddychał ciężko przez nos, próbując powstrzymać cieknące mu mimowolnie po twarzy łzy. Odchylił się do tyłu, łapiąc Caina na dłoń, żeby ten na niego spojrzał i wyraźnie zakodował moment, w którym pokazuje mu język, a później przełyka całość i po tym wszystkim nie ma już żadnego śladu, może oprócz opuszczonych w dół spodni. Skłamałby mówiąc, że nie chciał w rewanżu tego samego, ale kiedy tylko został pociągnięty do góry i poczuł rękę na sprzączce paska, dotarło do niego jakim by to było bezsensem, gdyby z nim chciał teraz zrobić to co z nim zawsze robił - nie dociskało się człowieka swoim ciałem do ławki i nie rzucało mu do ucha pożądliwych gróźb, kiedy się miało wytrzymać minutę, a i to, o czym przekonał się bardzo szybko, było zmierzeniem własnych możliwości ponad stan faktyczny, nawet kiedy celowało się w absolutne minimum. Nie miał w sobie tyle siły, żeby stać. Na pewno nie po czymś takim. To on go pociągnął w dół, żeby wrócić na tę trawę, bo chciał oprzeć plecy o pień drzewa i rozprostować nogi - i tak go właśnie chciał, na swoich warunkach, w swoim tempie dyrygowanym palcami naciskającymi mu na kark.
Wiedział, że musiał dać mu się ubrać i sam potrzebował chwili na ochłonięcie, ale dał im na to minimum czasu - kiedy tylko zobaczył, jak Cain zasłania swoje oczy i się wyłącza, Flynn przyciągnął go do siebie i zamknął w uścisku ramion, pozwalając głowie chłopaka opaść na swój obojczyk lub klatkę piersiową. Nie zadał mu żadnego pytania, nie powiedział nic, chociaż w takich chwilach masa rzeczy cisnęła mu się na usta, ale wiedział, że nie powinien tego robić kiedy Bletchley był przebodźcowany. Postanowił więc grzecznie poczekać, aż ten się uspokoi i odezwie pierwszy, a sam wpatrywał się w scenerię wokoło i próbował myśleć o czymkolwiek, co nie zaburzy zdobytego tym seksem wewnętrznego spokoju. Były to rzeczy kompletnie trywialne - to, że musiał iść do sklepu po kolejną paczkę papierosów, że nie powinien zapominać o tym talerzu porzuconym metr dalej, pomiędzy tym taka luźna myśl, że lubił zapach jego ciała. Czarnowidztwo z momentu, w którym zobaczył go pierwszy raz o trzech lat rozłąki, nie sprawdziło się tutaj zupełnie - zaraz będzie żałował tej szarpaniny i gorzkich słów, zakładania po nim najgorszego co tylko mógł w danym momencie, bo dobrze wiedział, że Bletchley zapamięta to równie dobrze jak swój orgazm. Będzie miał mu to za złe? Pewnie tak. Ale miał nie myśleć o złych rzeczach. Pocałował go w czubek głowy i pociągnął nosem. Twarz wyschła mu już zupełnie. Po jakimś czasie dotarło do niego, że nie potrafił przerwać tej ciszy w miły i spokojny sposób. Były rzeczy, które chciał mu powiedzieć - że zawsze jak słyszał w radiu jakąś dobrą piosenkę, to o nim myślał - to była dobra rzecz, ale traciła na całym swoim czarze, kiedy to myślenie nie kończyło się na przyjściu do niego. Rozważywszy wszystkie za i przeciw postanowił trzymać mordę na kłódkę.
Kiedy odsunął od niego twarz, nie mówił nic. Oddychał ciężko przez nos, próbując powstrzymać cieknące mu mimowolnie po twarzy łzy. Odchylił się do tyłu, łapiąc Caina na dłoń, żeby ten na niego spojrzał i wyraźnie zakodował moment, w którym pokazuje mu język, a później przełyka całość i po tym wszystkim nie ma już żadnego śladu, może oprócz opuszczonych w dół spodni. Skłamałby mówiąc, że nie chciał w rewanżu tego samego, ale kiedy tylko został pociągnięty do góry i poczuł rękę na sprzączce paska, dotarło do niego jakim by to było bezsensem, gdyby z nim chciał teraz zrobić to co z nim zawsze robił - nie dociskało się człowieka swoim ciałem do ławki i nie rzucało mu do ucha pożądliwych gróźb, kiedy się miało wytrzymać minutę, a i to, o czym przekonał się bardzo szybko, było zmierzeniem własnych możliwości ponad stan faktyczny, nawet kiedy celowało się w absolutne minimum. Nie miał w sobie tyle siły, żeby stać. Na pewno nie po czymś takim. To on go pociągnął w dół, żeby wrócić na tę trawę, bo chciał oprzeć plecy o pień drzewa i rozprostować nogi - i tak go właśnie chciał, na swoich warunkach, w swoim tempie dyrygowanym palcami naciskającymi mu na kark.
Wiedział, że musiał dać mu się ubrać i sam potrzebował chwili na ochłonięcie, ale dał im na to minimum czasu - kiedy tylko zobaczył, jak Cain zasłania swoje oczy i się wyłącza, Flynn przyciągnął go do siebie i zamknął w uścisku ramion, pozwalając głowie chłopaka opaść na swój obojczyk lub klatkę piersiową. Nie zadał mu żadnego pytania, nie powiedział nic, chociaż w takich chwilach masa rzeczy cisnęła mu się na usta, ale wiedział, że nie powinien tego robić kiedy Bletchley był przebodźcowany. Postanowił więc grzecznie poczekać, aż ten się uspokoi i odezwie pierwszy, a sam wpatrywał się w scenerię wokoło i próbował myśleć o czymkolwiek, co nie zaburzy zdobytego tym seksem wewnętrznego spokoju. Były to rzeczy kompletnie trywialne - to, że musiał iść do sklepu po kolejną paczkę papierosów, że nie powinien zapominać o tym talerzu porzuconym metr dalej, pomiędzy tym taka luźna myśl, że lubił zapach jego ciała. Czarnowidztwo z momentu, w którym zobaczył go pierwszy raz o trzech lat rozłąki, nie sprawdziło się tutaj zupełnie - zaraz będzie żałował tej szarpaniny i gorzkich słów, zakładania po nim najgorszego co tylko mógł w danym momencie, bo dobrze wiedział, że Bletchley zapamięta to równie dobrze jak swój orgazm. Będzie miał mu to za złe? Pewnie tak. Ale miał nie myśleć o złych rzeczach. Pocałował go w czubek głowy i pociągnął nosem. Twarz wyschła mu już zupełnie. Po jakimś czasie dotarło do niego, że nie potrafił przerwać tej ciszy w miły i spokojny sposób. Były rzeczy, które chciał mu powiedzieć - że zawsze jak słyszał w radiu jakąś dobrą piosenkę, to o nim myślał - to była dobra rzecz, ale traciła na całym swoim czarze, kiedy to myślenie nie kończyło się na przyjściu do niego. Rozważywszy wszystkie za i przeciw postanowił trzymać mordę na kłódkę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.