16.11.2023, 10:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2023, 11:01 przez Florence Bulstrode.)
- Mam ci kogoś polecić, czy wolisz poszukać sam? - spytała Florence. Nie kwestionowała jego decyzji: tak jak nie zakwestionowałaby, gdyby Laurent postanowił jednak z usług magipsychitraty zrezygnował. Chociaż mimo pewnego sceptycyzmu, jaki zawsze żywiła wobec tej dziedziny uzdrowicielstwa, w tej chwili cieszyła się z wyboru Prewetta. Zapewne z zupełnie innych powodów niż te, dla których Laurent zdecydował się na terapię: miała nadzieję, że być może pomoże mu to inaczej spojrzeć na relację z ojcem.
Zrozumieć wreszcie, który jej element był prawdziwym problemem.
- Pamiętaj tylko proszę, że terapia nie ma cię naprawić. Jedynie pomóc w poukładaniu pewnych spraw i dostrzeżeniu pewnych rzeczy w relacjach z innymi - powiedziała, po czym upiła łyk herbaty, wciąż nie spuszczając wzroku z chłopaka. Kusiło ją, by spojrzeć w przyszłość, odczytać plany, ale nawet dla niej, dla której sięganie w przód było po prostu częścią natury, uciekanie się do tego talentu teraz, kiedy Laurent się jej zwierzał, było jak naruszanie prywatności.
Jutro miała tego oczywiście pożałować, gdy odkryje, że Laurent wybrał się nie wiadomo do kogo, nie wiadomo gdzie.
- Twoje problemy nie są śmieszne, mój drogi. Może nie wypada skarżyć się na skręconą kostkę komuś, kto nie ma nóg, ale to nie oznacza, że nie ma prawa boleć - powiedziała cicho, kiedy Laurent wyrzucił z siebie kolejne rzeczy. I nagle zrozumiała, że ten cały wywiad, trudna do przewidzenia reakcja śmierciożerców - chociaż Florence pewnie przed Beltane nie pomyślałaby, że napadną na kogoś czystej krwi - stanowiło tylko malutką część problemu. Podobnież jak Edward Prewett. - A miłość nigdy nie jest śmieszna.
Sama Florence spotykała się w swoim życiu jedynie z dwoma mężczyznami, jednym trzy lata w Akademii, i z kolejnym parę miesięcy podczas stażu za granicą: i tylko w jednym z nich, jak sądziła, była zakochana. Ostatecznie jednak to uczucie okazało się słabsze niż miłość do rodziny i mniej ważne niż własne aspiracje. Nie była pewna, czy jest odpowiednią osobą, by móc tu cokolwiek poradzić czy pocieszyć - ale z drugiej strony, do kogo Laurent miałby pójść? Przecież nie do swojego egoistycznego ojca, nie do zaślepionej macochy, raczej nie do Pandory, która gotowa by chyba była znaleźć tę dziewczynę (bo Flo nie wiedziała, że chodzi o chłopaka) i zmyć jej głowę. Kto pozostawał? Atreus i Orion byli chyba jeszcze gorszymi wyborami niż ona, ten pierwszy zwykle ulegający krótkim fascynacjom, ten drugi pod pewnymi względami całkiem podobny do Florence.
- Nie sądzę, że coś zrobiłeś źle. Mogła uznać, że jednak nie jest wam pisane albo była niestała w uczuciach. Przykro mi, że cię to spotkało. A jeżeli chodzi o ślub...
Zawahała się. Florence wychowywała się w świecie, w którym popychanie dzieci do ślubów było normalne. Jednocześnie nie uważała przymuszania do małżeństw za słuszną ścieżkę, a Laurent zdawał się jej stać w tym momencie życia, w którym taki aranżowany związek mógł tylko zaszkodzić obu stronom. Sama zapewne, poproszona o aranżowane małżeństwo, rozważyłaby je przynajmniej - skrupulatnie analizując wszystkie za i przeciw - chociaż zarazem ostateczną decyzję podjęłaby sama i żadna siła, żadna groźba, żadna obietnica, nie zdołałaby jej zmusić do zmiany tej decyzji.
- Nikt nie zdoła przemocą zaciągnąć się na ślubny kobierzec. Być może Aydaya okaże trochę litości, jeśli powiesz jej prawdę: że zakochałeś się, ale ta osoba ledwo znikła z twojego życia i potrzebujesz czasu, by tę ranę zaleczyć. Jeżeli jednak będą na to nalegać, obawiam się, że będziesz musiał zdecydować, co jest dla ciebie ważne, i z czego jesteś skłonny zrezygnować.
Zrozumieć wreszcie, który jej element był prawdziwym problemem.
- Pamiętaj tylko proszę, że terapia nie ma cię naprawić. Jedynie pomóc w poukładaniu pewnych spraw i dostrzeżeniu pewnych rzeczy w relacjach z innymi - powiedziała, po czym upiła łyk herbaty, wciąż nie spuszczając wzroku z chłopaka. Kusiło ją, by spojrzeć w przyszłość, odczytać plany, ale nawet dla niej, dla której sięganie w przód było po prostu częścią natury, uciekanie się do tego talentu teraz, kiedy Laurent się jej zwierzał, było jak naruszanie prywatności.
Jutro miała tego oczywiście pożałować, gdy odkryje, że Laurent wybrał się nie wiadomo do kogo, nie wiadomo gdzie.
- Twoje problemy nie są śmieszne, mój drogi. Może nie wypada skarżyć się na skręconą kostkę komuś, kto nie ma nóg, ale to nie oznacza, że nie ma prawa boleć - powiedziała cicho, kiedy Laurent wyrzucił z siebie kolejne rzeczy. I nagle zrozumiała, że ten cały wywiad, trudna do przewidzenia reakcja śmierciożerców - chociaż Florence pewnie przed Beltane nie pomyślałaby, że napadną na kogoś czystej krwi - stanowiło tylko malutką część problemu. Podobnież jak Edward Prewett. - A miłość nigdy nie jest śmieszna.
Sama Florence spotykała się w swoim życiu jedynie z dwoma mężczyznami, jednym trzy lata w Akademii, i z kolejnym parę miesięcy podczas stażu za granicą: i tylko w jednym z nich, jak sądziła, była zakochana. Ostatecznie jednak to uczucie okazało się słabsze niż miłość do rodziny i mniej ważne niż własne aspiracje. Nie była pewna, czy jest odpowiednią osobą, by móc tu cokolwiek poradzić czy pocieszyć - ale z drugiej strony, do kogo Laurent miałby pójść? Przecież nie do swojego egoistycznego ojca, nie do zaślepionej macochy, raczej nie do Pandory, która gotowa by chyba była znaleźć tę dziewczynę (bo Flo nie wiedziała, że chodzi o chłopaka) i zmyć jej głowę. Kto pozostawał? Atreus i Orion byli chyba jeszcze gorszymi wyborami niż ona, ten pierwszy zwykle ulegający krótkim fascynacjom, ten drugi pod pewnymi względami całkiem podobny do Florence.
- Nie sądzę, że coś zrobiłeś źle. Mogła uznać, że jednak nie jest wam pisane albo była niestała w uczuciach. Przykro mi, że cię to spotkało. A jeżeli chodzi o ślub...
Zawahała się. Florence wychowywała się w świecie, w którym popychanie dzieci do ślubów było normalne. Jednocześnie nie uważała przymuszania do małżeństw za słuszną ścieżkę, a Laurent zdawał się jej stać w tym momencie życia, w którym taki aranżowany związek mógł tylko zaszkodzić obu stronom. Sama zapewne, poproszona o aranżowane małżeństwo, rozważyłaby je przynajmniej - skrupulatnie analizując wszystkie za i przeciw - chociaż zarazem ostateczną decyzję podjęłaby sama i żadna siła, żadna groźba, żadna obietnica, nie zdołałaby jej zmusić do zmiany tej decyzji.
- Nikt nie zdoła przemocą zaciągnąć się na ślubny kobierzec. Być może Aydaya okaże trochę litości, jeśli powiesz jej prawdę: że zakochałeś się, ale ta osoba ledwo znikła z twojego życia i potrzebujesz czasu, by tę ranę zaleczyć. Jeżeli jednak będą na to nalegać, obawiam się, że będziesz musiał zdecydować, co jest dla ciebie ważne, i z czego jesteś skłonny zrezygnować.