16.11.2023, 14:30 ✶
Brenna i Erik głównie dlatego bardzo szybko wyszli ze schroniska, biorąc te psy, które rzuciły się im w oczy na początku, bo istniała realna obawa, że inaczej wrócą z całą sforą. Bren nawet nie zamierzała się wypierać tego, jak słaby jest jej charakter pod tym względem.
- W domu jest sporo osób, więc zawsze ktoś się nimi zajmie. Wypuszczamy je do sadu, i staramy się, żeby ktoś wziął każdego na dłuższy spacer przynajmniej raz dziennie… nie zawsze jestem to ja. Ponurak lubi dotrzymywać towarzystwa Erikowi, a Gałgan zazwyczaj siedzi u Mavelle - wyjaśniła Brenna, zerkając za tym najbardziej żywotnym z psów. Cóż, ktoś, kto spodziewałby się, że "jaki pan, taki kram", mógł faktycznie oczekiwać, że wszystkie zwierzaki będą postrzelone. Co ciekawe jednak, najbardziej przywiązany do niej wydawał się ten najbrzydszy, najbardziej niepozorny i najbardziej nieśmiały. Łatek nawet teraz, gdy Olivia wręczyła mu zabawkę, wahał się długą chwilę nim podszedł, a kiedy już to zrobił, najpierw obwąchał prezent z odrobiną podejrzliwości.
- Och... mama chyba już po prostu przywykła. Obawiam się, że odkąd byłam mała, przyprowadzałam do domu jeże, ptaszki ze złamanymi skrzydłami, kolegów, którzy zapomnieli klucza albo znienacka przywoziłam z Hogwartu koleżanki, które nie mogły z jakichś powodów wrócić do domu na święta - roześmiała się Brenna. Zresztą nie zarzuciła tych zwyczajów i teraz. Nie tak dawno temu oświadczyła przecież nagle, że zamieszka z nimi Charles... znaczy się Jules... a jeszcze wcześniej przyprowadziła tutaj Thomasa. - A co do taty, oświadczył, że zgadzał się na jednego psa, powinnam przemyśleć swoje postępowanie i on z tymi zwierzakami nie chce mieć nic wspólnego. Kolejnego dnia przyłapałam go na oswajaniu Łatka za pomocą plastrów bardzo drogiej szybki - opowiedziała, uśmiechając się do Quirke szelmowsko. - To fakt, bardzo sprytna. Jeśli faktycznie miałaby szczeniaka, to chyba byłaby największa rasa pod słońcem. Daj mi chwilę, przyniosę smycze, zostawiłam je na ganku.
Brenna obróciła się i pobiegła w stronę domu, by zgarnąć stamtąd smycze, a następnie założyć je psom. O ile Łatek i Brownie pozwolili na to bez większych protestów, o tyle Ponurak spojrzał na nią spode łba – naprawdę nie lubił chodzić na smyczy – a Gałgan z kolei kojarząc „smycz” i „spacer” wykazał się takim entuzjazmem, że zapięcie tej smyczy stanowiło spore wyzwanie.
– Pójdziemy na wrzosowiska. Kiedyś zabierałam je w stronę lasu, ale teraz nie jest tam zbyt bezpiecznie… a… i daj mi momencik… – Uniosła różdżkę, szepcąc dwa zaklęcia. Jedno rzuciła na smycze, miało jej ułatwić opanowanie psów.
Drugim sprawdzała, czy nie wykryje w pobliżu posiadłości ludzkiej obecności.
Nie bez powodu na spacery chodzili jednak zwykle we dwoje – Brenna pewnie gdyby nie Olivia, zawołałaby ojca – i wybierali na nie różne godziny, różne miejsca, a przed wyjściem weryfikowali, czy ktoś nie kręci się w pobliżu. Wywiad Erika po Beltane obudził w Brennie odrobinę paranoi.
– Świetnie, możemy iść – oświadczyła, wręczając kobiecie smycz, na której był teraz uwiązany Brownie.
- W domu jest sporo osób, więc zawsze ktoś się nimi zajmie. Wypuszczamy je do sadu, i staramy się, żeby ktoś wziął każdego na dłuższy spacer przynajmniej raz dziennie… nie zawsze jestem to ja. Ponurak lubi dotrzymywać towarzystwa Erikowi, a Gałgan zazwyczaj siedzi u Mavelle - wyjaśniła Brenna, zerkając za tym najbardziej żywotnym z psów. Cóż, ktoś, kto spodziewałby się, że "jaki pan, taki kram", mógł faktycznie oczekiwać, że wszystkie zwierzaki będą postrzelone. Co ciekawe jednak, najbardziej przywiązany do niej wydawał się ten najbrzydszy, najbardziej niepozorny i najbardziej nieśmiały. Łatek nawet teraz, gdy Olivia wręczyła mu zabawkę, wahał się długą chwilę nim podszedł, a kiedy już to zrobił, najpierw obwąchał prezent z odrobiną podejrzliwości.
- Och... mama chyba już po prostu przywykła. Obawiam się, że odkąd byłam mała, przyprowadzałam do domu jeże, ptaszki ze złamanymi skrzydłami, kolegów, którzy zapomnieli klucza albo znienacka przywoziłam z Hogwartu koleżanki, które nie mogły z jakichś powodów wrócić do domu na święta - roześmiała się Brenna. Zresztą nie zarzuciła tych zwyczajów i teraz. Nie tak dawno temu oświadczyła przecież nagle, że zamieszka z nimi Charles... znaczy się Jules... a jeszcze wcześniej przyprowadziła tutaj Thomasa. - A co do taty, oświadczył, że zgadzał się na jednego psa, powinnam przemyśleć swoje postępowanie i on z tymi zwierzakami nie chce mieć nic wspólnego. Kolejnego dnia przyłapałam go na oswajaniu Łatka za pomocą plastrów bardzo drogiej szybki - opowiedziała, uśmiechając się do Quirke szelmowsko. - To fakt, bardzo sprytna. Jeśli faktycznie miałaby szczeniaka, to chyba byłaby największa rasa pod słońcem. Daj mi chwilę, przyniosę smycze, zostawiłam je na ganku.
Brenna obróciła się i pobiegła w stronę domu, by zgarnąć stamtąd smycze, a następnie założyć je psom. O ile Łatek i Brownie pozwolili na to bez większych protestów, o tyle Ponurak spojrzał na nią spode łba – naprawdę nie lubił chodzić na smyczy – a Gałgan z kolei kojarząc „smycz” i „spacer” wykazał się takim entuzjazmem, że zapięcie tej smyczy stanowiło spore wyzwanie.
– Pójdziemy na wrzosowiska. Kiedyś zabierałam je w stronę lasu, ale teraz nie jest tam zbyt bezpiecznie… a… i daj mi momencik… – Uniosła różdżkę, szepcąc dwa zaklęcia. Jedno rzuciła na smycze, miało jej ułatwić opanowanie psów.
Drugim sprawdzała, czy nie wykryje w pobliżu posiadłości ludzkiej obecności.
Nie bez powodu na spacery chodzili jednak zwykle we dwoje – Brenna pewnie gdyby nie Olivia, zawołałaby ojca – i wybierali na nie różne godziny, różne miejsca, a przed wyjściem weryfikowali, czy ktoś nie kręci się w pobliżu. Wywiad Erika po Beltane obudził w Brennie odrobinę paranoi.
– Świetnie, możemy iść – oświadczyła, wręczając kobiecie smycz, na której był teraz uwiązany Brownie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.