Prawda tkwiła w nim jak jeden z tych opisywanych sztyletów, albo porównanych strzał. Tkwiła w jego miękkim ciele ostrzem i czasami kiedy robił nieodpowiedni ruch to bolała. Lecz to nic, to nic... przecież kiedy położy się spać i powstanie rano, śląc swoje podzięki za nowy dzień, uzna ten ból za błogosławieństwo. Gdyby nie on to czy mógł być pewien, że nadal żyje? Innego dnia pozwolą mu całkiem zapomnieć. Utopijne, kłamliwe szczęście nie było wtedy przecinane żadnymi z ostrzy, dopóki bajce pozwalano trwać. Podziękuje za ten ból z uśmiechem, chociaż smutkiem w sercu, bo ten ból go czegoś nauczył. Bo trzymał go w sobie i nie pozwalał ulecieć na zewnątrz nawet kiedy wszystko było ciężkie, a prawem ludzkim stawało się zrzędzenie. Każdy medyk powiedziałby jednak: Panie Prewett... zalecam usunięcie. Czego? Bólu? Nie wyciągniesz tego sztyletu bez upływ krwi. Potem, nawet jeśli szczęśliwie uda ci się zaleczyć ranę, nie nie udźwigniesz wymalowanych blizn. Utrata krwi zdawała się tutaj groźna i pozostanie w pamięci zadrą. Lecz hej - przynajmniej nie wda się zakażenie, prawda? Przynajmniej coś z tego ciała uda się uratować. Niektórzy więc chcieli usunąć to, co powodowało ból. A inni pielęgnowali, żeby Laurent uznał to za część swojego życia i przepraszał tych, którzy ten ból powodowali za to, że musieli wkładać we wciskanie tego sztyletu tyle trudu... Głupie, prawda? Każdy lekarz by powiedział: Panie Prewett... zalecam oddaleni się od problemu. Albo usunięcie. Tylko czego? Problemu, bólu czy sztyletu? Odpowiedź nasuwała się sama do mądrej głowy, że przecież ręki, która sztylet dzierży. Jak zwykle to, co brzmi głupio i co wydaje się takie proste i banalne zamieniało się w pogięty misz masz w czyimś innym świecie. Selkie słyszał to wciąż i bez przerwy, nieustannie - że przecież to była miłość. A skoro to miłość to kto myślałby o usuwaniu jej?
Iluzje prawdy to bardzo ładny oksymoron. Albo jeszcze ładniejszy synonim dla brzydkiego słowa kłamstwo. To, co było iluzją, nie mogło być prawdą, bo iluzje nie były niczym innym jak fałszywymi obrazami, dźwiękami i innymi bodźcami, które miały jeden cel - zmylić nasz umysł, a więc i nasze emocje. Niekiedy to były wielkie maszty i odpływające statki z oceanów, innym razem prosta karciana sztuczka opierająca się na oszukiwaniu oczu, by skupiły się na tym, na czym nie powinny. Jakikolwiek ze sposobów wybierzesz wyłaniamy ten sam, niewygodny szczegół, że koniec końców Rowle uprawiał sztukę jakże obrzydliwą - oszukiwanie siebie samego. Robił to świadomie? Nie istniała miłość bez małych kłótni - więc musiał czasami zdradzić swoją Prawdę, żeby upewnić się, że ta będzie o niego zazdrosna. W końcu na tym polegało jego życie - chwytaniu emocji. Tworzenie i wyciąganie ich z siebie, chłonięcie ich od innych. Jeśli pojawi się zazdrość będzie wiedział, że to coś realnego, proste odruchu, zwierzęcy terytorializm. Albo doszuka się w tym drugiego dna i wyniesie to wszystko na zupełnie nowy poziom. Komplikacja, jaką stanowił Esme Rowle fascynowała blondyna. Zachęcała do tego, żeby odkrywać to, co tylko pozornie było sprzecznością, ale jeśli poświęciło się mu swoje myśli, jeśli na tych kilka godzin zawierzysz mu serce to odkryjesz, że dwa plus dwa nadal równało się u tego szaleńca cztery. Po prostu dochodził do tego innym sposobem. Z nudy. Z szarości. Żeby opóźnić gnicie i wypaczanie się (zapadanie) własnego wnętrza. W brudzie też drzemała sztuka, tak jak w zniszczeniu. Wszystko można było pokochać, jeśli tylko dasz temu szansę. Tego brzydkiego papierosa. I tego brzydkiego od wewnątrz Esme.
Czy miał dobre serce? A czym w ogóle było dobre serce? Skłaniałby się do powiedzenia, że miał serce wrażliwe. Słabe. Ale - dobre? A jeśli on miał dobre serce - to czym było serce złe? Bo przecież jedno drugiemu odpowiadało, prawda? Musiało istnieć dobro, żeby istniało zło i na odwrót. Nie było tutaj komend odwołujących. Nie wycofasz części z tego moralnego kompasu, no bo gdzie dopłynęłyby te wielkie statki na tym oceanie? Musisz wiedzieć, jak się przesuwać w świecie - dlatego dają ci kompas. Po prostu nie każdy odpowiednio szybko uczy się z niego korzystać, a inni nawet nie odkrywają, że ktoś przy ich kompasach majstrował i całkowicie je zmienił. Tak, że pokazywały tylko złe kierunki, burze i sztormy. To nie było coś, co podlegało jego ocenie. Miło było jednak usłyszeć, że tak sądził Esme. Albo raczej - byłoby miło gdyby nie charakter, jaki przybrała ich rozmowa. Bo to nie brzmiało miło - brzmiało niemal jak wyrzut, oskarżenie, które wcale nie ubodło Laurenta. W jednym się jednak mylił - Laurent nie musiał w sobie szukać jadu. On zawsze go miał. Nie każdy jednak wymuszał na nim pokazanie tych kłów. I zazwyczaj bardzo się starał, żeby się nie pojawiały. A niektórzy bardzo zgrabnie przechodzili nad jego jedynym mechanizmem obronnym i trafiali w czuły punkt. To były te momenty, w których naprawdę powinien się bronić. Te same, w których obrona nie chciała wejść w grę.
- I co to da, Esme? - To plucie, to rwanie się, to... porzucanie nadziei, albo raczej byciem przez nadzieję porzuconym, co miało nie przekreślać dalszej walki. - Co pozwoli ocalić? Dumę? Honor? Godność? Ostatni bastion nie stoi na drodze pogodzenia się. Stoi w miejscu, w którym zniżasz się poziomem do ludzi, którzy są twoimi oprawcami. - Więc nie, nie zgadzał się z mężczyznom, z jego zdaniem, z jego spojrzeniem na to zagadnienie. Nawet jeśli rozumiał i tak naprawdę miał dużo racji i dużo zdrowego podejścia. - Nie na wszystko należy się godzić, to prawda. Nie myl mnie z zupełnym męczennikiem. - Chciał powiedzieć, że nie przed wszystkimi nadstawiał drugi policzek - i to była prawda. Ale wystarczył podejść go sposobem i się rozpadał. Niestety taka była prawda. Chłonął za dużo świata, a w świecie było za dużo zła. Dokładnie tak, jak Rowle powiedział. - Trudno. Wtedy odkryję, że rzeczywiście byłem zbyt słaby. - Ale to jeszcze nie był ten czas. Nie teraz. I nie miało się to stać przez kilka najbliższych lat. Mimo to prawda pozostawała jedna - to była autodestrukcja. Może Esme, heh, znał to z autopsji..? To była jego droga i pozostawało pewnym, że on sam nie miał wątpliwości, że podąża ścieżką właściwą. Tą, na której zostawiał swoje pióra i chciał wyciągać swoje dłonie do lśnienia Boga. Na nagim ciele dokładnie widoczna była krew.
Jego szczere życzenie wywołało negatyw w jego dawnym znajomym, a niedawnym bożku. Wykreował tego Boga w swoich modlitwach, który skłonił go do otworzenia się, ale kiedy wypowiedział do niego swoje szczere życzenie - ten odwrócił wzrok. Laurent więc swoje również opuścił. Znów na papierosa. Jakże brzydki, zdrożny musiał być, naiwny i parszywy, brudny w tej ułudzie, którą świat fałszem mógł tkać i splatać linie nici. Mogłeś się modlić i Boga tworzyć, ale nie mogłeś kontrolować, kim się ten Bóg stanie. Modlitwy przecież łatwo tez wymyślić na poczekaniu. Nie musiały być pieśniami, wyuczonymi wersetami. Ten Bożek, który prawdy oczekiwał, chyba nie chciał jej słyszeć. Nikt nie chciał. Laurent naprawdę bardzo chciał rozumieć, czemu zawsze kończyło się to tak samo i czemu przestawał być atrakcyjny wraz z chwilą, kiedy odważył się powiedzieć parę słów za dużo. Zacisnął palce pod blatem stołu. Mocno. Nadzieja umierała ostatnia. Ale chyba u Laurenta nadzieje umrze tuż przed wiarą - w ludzi.
Kiedy podniósł spojrzenie było już zmienione. Kiedy wyciągnął dłonie spod stołu nie były zaciśnięte. Puknął różdżką w papierosa i naprawił go, żeby następnie wsunąć go w wargi. Brzydki nawyk radzenia sobie z nerwami, bardzo brzydki. Szczególnie, że tak bardzo nie lubił tego smaku ani zapachu. Założył nogę na nogę, spojrzał na Esme spod wpół przymkniętych oczu, spod długich rzęs rzucających cienie na jego chudą twarz. Smakował tą arogancję, która przeszła przez słowa "jestem Rowle". Wrócił do swojej maski i sieci kłamstw.
- Rozumiem, że jako Rowle znasz wszystkie rasy psów i ich wymiary na pamięć. - Tak, to już było troszkę z jego strony uszczypliwe, kiedy zaobserwował tę reakcję, trochę dlatego, że poczuł się tak, jakby Esme jeszcze przed kilkoma chwilami uderzył go w policzek. Mógł nadstawić drugi. Ale wcale nie miał ochoty. To zabolało. Bardzo zabolało. Chociaż tak po prawdzie to może rzeczywiście mężczyzna znał się na tym - nie wiedział, dlatego to było tylko troszkę uszczypliwe. Tak jak nie wiedział, co wspólnego Rowle mieli z jarczukami. Bo akurat dobrze wiedział, że niewiele. Jarczuki były hodowane na Ukrainie i niemal nikt w Anglii ich nie hodował. Teraz nikt - poza Laurentem. - Jarczuk jeszcze nie powstał. Ale zgadza się. - Poprawił lekko. Dopiero poznawał tajniki ich hodowli. Absolutnie makabryczne zresztą, ale... ale.
Pochylił się w kierunku rysunku, skupiając na nim zmęczone, bardzo zmęczone spojrzenie na rysunku i skinął głową z uznaniem, spoglądając na ten projekt z zaskoczeniem.
- Bardzo dobrze. Gdybym mógł uniknąłbym całkowicie obroży. Ale odpowiadam za coś więcej niż swoje bezpieczeństwo. - Argument o nie przyduszaniu był dla niego tutaj koronny. Młody pies nie wiedział, jak się zachować i to normalne. Przede wszystkim ponosiła go energia, potrzebował zabawy, nie bardzo jeszcze wyczuwał granice. Laurent miał tylko nadzieje, że obejdzie się bez blizn. - Wolałbym, żeby standardowo została powiększona magicznie. Chyba, że to problem? - Tak jak wszystkie namioty, domy, magiczne walizki i wszystko inne, co było śmiesznie małe, a mieściło w sobie horrendalnie dużo. - Ze zbudowaniem na miejscu nie będzie problemu. Bezpieczniej niż transportować wszystko teleportacją. - W końcu różne dziwne rzeczy się potrafiły wtedy zdarzyć. A to był kawał zamówienia. - Będę miał. - Poprawił Esme i podniósł się ze swojego miejsca. - Jeśli będę zadowolony to będziemy w stałym kontakcie, bo będę potrzebował rzemieślnika w przyszłości. Nie śpiesz się. Spodziewam się dopiero koło maja/czerwca miotu z upatrzonej przeze mnie rasy. - Kiwnął głową na karteczkę prezentującą dobermana pinschera, a raczej jego spodziewane rozmiary po dorośnięciu jako jarczuka. Ale nazwa rasy również była wpisana. - Drogi Esme, stoisz przed być może jedynym hodowcą Jarczuków w Anglii. - Sięgnął po swój płaszcz, ale zawahał się przez moment, rzucając mężczyźnie ostatnie spojrzenie. - Na pewno nie masz ochoty sprawdzić, czy mam jeszcze kilka anielskich piór na plecach? - Uśmiechnął się do niego łapiąc płaszcz, żeby wsunąć rękawy w ramiona.
Noc była jeszcze młoda, a on naprawdę mógł powiedzieć, że znalazł to, czego potrzebował.
Katharsis.