16.11.2023, 22:23 ✶
Myśli krążące po nieprzyjemnych tematach były jak taka irytująca mucha, która mimo odganiania jej ręką co kilka sekund, wciąż postanawiała siadać ci na ręku. To było coś do zniesienia. Jeżeli to miało być ceną za to słońce, za to wtulone w niego ciało - niech tak będzie. To była dobra kwota do zapłaty za możliwość obserwowania i czucia, jak Bletchley oddycha coraz stabilniej, jak zdejmuje palce ze swoich oczu - ten spokój sprawiał, że i on czuł się dobrze, ale... No właśnie - ale, bo ta chwila miała swój koniec. Dla kogoś obserwującego to z zewnątrz odsunięcie się Caina było po prostu naturalną koleją rzeczy, przecież nie mogli tkwić tak w nieskończoność, ale w percepcji kogoś, kto bardzo dużo stabilności pokładał w poszukiwaniu bliskości, każdy moment rozłąki generował znaki zapytania. Był osobą, która potrafiłaby zapytać „gdzie idziesz” dla pewności ducha, kiedy druga osoba szła do łazienki i to było oczywiste, że zaraz wróci, bo oglądali razem film. A tutaj? Co było tutaj oczywiste? Nic. Tylko to, że sknocił to na długo, długo przed tymi szorstkimi tekstami, sam Bletchley powiedział kilkanaście minut temu o zniszczonych, pięknych wspomnieniach, a teraz był daleko, bo po takim zbliżeniu odsunięcie się na kilkanaście centymetrów to już było daleko, do tego się garbił - Flynn wypuścił go więc z tego objęcia, ale bardzo niechętnie - trochę tak, jakby ten podniósł się obrażony i właśnie się o coś pokłócili. Zaobserwował ten ruch palców przez włosy i zdenerwował się jeszcze bardziej, bo jego proces myślowy wyglądał mniej-więcej tak: też musiał być roztrzepany, będzie musiał coś z tym zrobić, zanim wróci, a skoro on to teraz zrobił, to może też chciał wracać i... Ciężar tej uciętej rozmowy wrócił do niego szybko, a odkopane emocje bardzo dobitnie przypomniały mu, dlaczego nie żegnał się z nikim. Ta kartka to było maksimum, szczyt jego możliwości, poza nią nie istniało już nic innego, co mógłby zrobić, dokonując takiej decyzji. Odciąć się i zapomnieć w dogodnym dla siebie momencie - taktyka na miarę jego możliwości - zawieszenie relacji w momencie, w której wszystko jeszcze było dobrze i tkwić w ułudzie szczęścia obu stron.
Zapiął spodnie, wpatrywał się w Bletchleya, rozważając zbyt wiele opcji, żeby móc wyłonić z nich jakąkolwiek - zagubiony, czekał na cud, wciąż niepewny, gnieździł w sobie coraz więcej i więcej, aż wreszcie kiedy usłyszał to o tych cholernych papierosach, przysunął się do niego gwałtownym ruchem, ponownie zamykając w objęciu swoich rąk. To nie był gest wsparcia, bo to brzmiało tak, jakby Bletchley to sobie przepracował, to był gest czystej desperacji - nie chciał być z tymi emocjami sam, więc kierowany ich natężeniem nie potrafił tak po prostu siedzieć obok, kiedy mógł go dotykać.
- Nie rozumiem tego, Cain - przyznał, próbując przełknąć jakoś nabytą na przestrzeni kilku sekund nerwowość, ale wyszło mu to kiepsko. Flynn należał do ludzi porywczych, takich mówiących i robiących głupie rzeczy, ulegających wpływom chwili - nie potrafił tego wyłączyć. - Tego o byciu kimś - doprecyzował, opierając głowę o jego ramię - kim ty w ogóle chciałeś zostać, kim chcesz być, a kim nie jesteś? - Próbował przypomnieć sobie, co mówił o tym wcześniej, ale niektóre wymienione pomiędzy nimi zdania zostały skutecznie rozmyte przez następne sceny, nie miał przecież jak on pamięci totalnej i ciężko mu było tak po prostu wrócić na tor rozmowy. Byli na kompletnie innych stronach książki - jeden odpowiadał na coś sprzed dłuższej chwili, drugi wciąż tkwił plecami oparty o ten pień. Czuł się cholernie dziwnie. Nie nazwałby tego czymś złym, bardziej czymś, czego się kompletnie po sobie nie spodziewał, ale on miał generalny, wykraczający poza tę historię problem z patrzeniem w lustro.
- Tak, mam - powiedział, klepiąc się po kieszeni, a następnie wyciągnął tę paczkę i mu ją podał. Później, z niewyrażającą wiele miną, wrócił do przeżywania wszystkiego w środku. Chciał teraz gadać, gadać i gadać, bo przecież go to wszystko doprowadziło do euforii, ale jednocześnie nie chciał mówić nic, bał się dzielić czymkolwiek, co przychodziło mu teraz na myśl. Nie mógł mu przecież, przynajmniej w swoim mniemaniu siedzieć i pierdolić o kolorach, albo znowu kazać sobie jak wygląda otoczenie, w którym się znajdowali. Ale to przecież cisnęło się na usta od razu - bo on widział wszystkie kolory, a nawet widział więcej kolorów niż inni - byli po przeciwnych stronach gigantycznego spektrum, jak to mogło człowieka nie ciekawić ani trochę.
Zapiął spodnie, wpatrywał się w Bletchleya, rozważając zbyt wiele opcji, żeby móc wyłonić z nich jakąkolwiek - zagubiony, czekał na cud, wciąż niepewny, gnieździł w sobie coraz więcej i więcej, aż wreszcie kiedy usłyszał to o tych cholernych papierosach, przysunął się do niego gwałtownym ruchem, ponownie zamykając w objęciu swoich rąk. To nie był gest wsparcia, bo to brzmiało tak, jakby Bletchley to sobie przepracował, to był gest czystej desperacji - nie chciał być z tymi emocjami sam, więc kierowany ich natężeniem nie potrafił tak po prostu siedzieć obok, kiedy mógł go dotykać.
- Nie rozumiem tego, Cain - przyznał, próbując przełknąć jakoś nabytą na przestrzeni kilku sekund nerwowość, ale wyszło mu to kiepsko. Flynn należał do ludzi porywczych, takich mówiących i robiących głupie rzeczy, ulegających wpływom chwili - nie potrafił tego wyłączyć. - Tego o byciu kimś - doprecyzował, opierając głowę o jego ramię - kim ty w ogóle chciałeś zostać, kim chcesz być, a kim nie jesteś? - Próbował przypomnieć sobie, co mówił o tym wcześniej, ale niektóre wymienione pomiędzy nimi zdania zostały skutecznie rozmyte przez następne sceny, nie miał przecież jak on pamięci totalnej i ciężko mu było tak po prostu wrócić na tor rozmowy. Byli na kompletnie innych stronach książki - jeden odpowiadał na coś sprzed dłuższej chwili, drugi wciąż tkwił plecami oparty o ten pień. Czuł się cholernie dziwnie. Nie nazwałby tego czymś złym, bardziej czymś, czego się kompletnie po sobie nie spodziewał, ale on miał generalny, wykraczający poza tę historię problem z patrzeniem w lustro.
- Tak, mam - powiedział, klepiąc się po kieszeni, a następnie wyciągnął tę paczkę i mu ją podał. Później, z niewyrażającą wiele miną, wrócił do przeżywania wszystkiego w środku. Chciał teraz gadać, gadać i gadać, bo przecież go to wszystko doprowadziło do euforii, ale jednocześnie nie chciał mówić nic, bał się dzielić czymkolwiek, co przychodziło mu teraz na myśl. Nie mógł mu przecież, przynajmniej w swoim mniemaniu siedzieć i pierdolić o kolorach, albo znowu kazać sobie jak wygląda otoczenie, w którym się znajdowali. Ale to przecież cisnęło się na usta od razu - bo on widział wszystkie kolory, a nawet widział więcej kolorów niż inni - byli po przeciwnych stronach gigantycznego spektrum, jak to mogło człowieka nie ciekawić ani trochę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.