Pokręcił lekko głową na zaprzeczenie kiedy zapytała, czy ma kogoś poszukać - czy jednak poszuka sam. Bardzo niejednoznaczna odpowiedź, to prawda. Ale w zasadzie jedna osoba kręciła mu się po głowie od czasu, kiedy Edward o tym wspomniał. Osoba z odpowiednią reputacją, dla której potknięcie się na podłożu lekarskim (związane z tajemnicą lekarską) raczej nie wchodziło w grę. Choć niekoniecznie sprawiało to, że zaufanie Laurenta bardziej rosło. Że przestawał wątpić w to, że jego sekretów nikt nie zdradzi. Nie potrafił nawet wszystkiego opowiedzieć Florence, która wiedział, że pozostawi dla siebie pewne rzeczy sekretami a miał opowiadać przed obcym człowiekiem? Nie potrafił sobie tego poukładać w głowie, ale postanowił po prostu spróbować. Chyba tylko dlatego, że Guinevere upewniała go już co do działania tej tajemnicy lekarskiej i potrafiła przekonać, że w rękach sprawnego czarodzieja zaufanie czasami przychodziło samo z siebie.
- Poradzę sobie. - W żadnym wypadku nie chciał, żeby nawet w takiej sprawie ktoś targał go z kąta w kąt i... nie, tu nie chodziło nawet o targanie. - Chociaż, jeśli masz jakieś nazwiska namyśli to powiedz, proszę. - Zobaczy, sprawdzi, przekona się. Może napisze nawet do kilku żeby dopytać o szczegóły? Zupełnie nie wiedział nawet, na czym takie wizyty polegały. Albo może umówi się pod wpływem chwili, żeby potem nie mieć czasu na rozmyślenie się. A kiedy już spotkanie będzie umówione to głupie poczucie powinności będzie go cisnąć, żeby się stawił i nie uciekł jak panna młoda sprzed ołtarza. - Rozumiem. Potrzebuję po prostu... ostatnim razem, kiedy byłem w takim stanie wpadłem w duże problemy. - Miał nadzieję, że nie musiał nazywać rzeczy po imieniu. To się chyba ładnie nazywało: rozsypką? Że człowiek był w rozsypce? Starał się, naprawdę bardzo mocno się starał, trzymać fason. Wstawać codziennie, wyglądać najlepiej, nakładać iluzje na swoje blizny i się uśmiechać. Przeć do przodu z planami i tym, co chciał osiągnąć. Może chciał za bardzo, dlatego tak wiele rzeczy się nie udawało..?
- Nie może boleć. - Wypalił głośniej i napiął się cały. - Nie mam na to czasu, nie mogę... nie mogę sobie na to pozwolić. Nie ma na to miejsca. - Na to całe... na ten ból. Bo przecież byli ci, którzy naprawdę potrzebowali pomocy, a on musiał nadążyć. Za wszystkim i wszystkimi. Położył dłoń na swojej klatce piersiowej, jak robił to coraz częściej ostatnimi czasy, kiedy tylko pojawiały się nerwy. Klatka piersiowa zaczynała go od razu boleć. - Boję się. Boję się, że już dla nikogo nie będę wystarczająco dobry, jeśli się rozsypię. I jednocześnie wcale nie chcę się już starać. Chciałbym krzyczeć, ale nie umiem. Chciałbym przestać kłamać i być sobą, ale się boję. - Nawet teraz gdyby mógł to by krzyczał. Ale do czego, na co? Nawet nie wiedział. Ten krzyk tkwił w jego piersi od tego bólu nazbieranego miesiącami i nie potrafił sobie z nim poradzić.
- To nie jest temat dyskusyjny. Nie zamierzam poślubić żadnej kobiety. - Powiedział to spokojnie, ale całkowicie zdecydowanym głosem, tak jak było to przesądzenie w jego oczach. Florence znała go na tyle, żeby wiedzieć, że Laurent rzadko przyjmował taki ton, niemal chłodny. To oczywistości, którą już wybrał i nie było tutaj żadnego wpływu, który by go odwiódł od tego, co postanowił. Ten ton pojawiał się często tylko w jego pracy. Przy magicznych stworzeniach. Gdzie był zawsze niemal pewny tego, co robi i co mówi, że to, czego żąda od pracowników czy ludzi wokół jest wykonalne. Wystarczy słuchać. Ale w stosunku do rodziny..? Chyba ostatni raz miał taki ton jak obwieścił, że się wyprowadza. To było ze cztery lata temu. - Mogę własnoręcznie wypalić swoje nazwisko na rodzinnym gobelinie, jeśli im się to nie podoba. I tak nie powinienem się tam pojawić. W ogóle nie powinienem się pojawić. Byłoby lepiej, gdyby zniknął. Żałuję, że się urodziłem. - Takie myśli pałętały się po drogach jego myśli od jakiegoś czasu bardziej namolnie niż kiedyś.