Gdyby po za Saurielem miał wymienić kogoś na kim mógłby polegać, ufać, uznać za wspólnika (chociaż poprawniej to wspólniczkę) to powiedziałby, że to Maeve... No właśnie - powiedziałby, aż do teraz, ponieważ zaczęła strzelać samobóje do ich wspólnej bramki. Kto to widział aby zadawać takie trudne pytania? Z przyrody... I to Stanleyowi? Czy Changówna wypadła z kołyski tak samo jak Rookwood, niedługo po narodzinach? Spokojnie... Borgin wiedział, że ona nie wie... ale wiedział też, że ona wie, że on nie wie - czym miał być ten cały ammit? To jakiś tani trunek? A może obraza? Przeniósł swój wzrok na Maeve, starając się uaktywnić te szare komórki aby chociaż stwarzały pozory pojęcia na ten temat. Niestety się nie udało. Sekundę później uniósł brew, wytrzeszczył oczy i prawie poprawił okulary, których nie nosi, aby przyjrzeć się czy to aby na pewno nie pomyliła osoby, którą miała o to zapytać. Wyraz jego twarzy mówił wszystko - nie mam za chuj pojęcia.
Kiwnął głową na zgodę do Lorraine, odnosząc się do jej słów, że muszą wyglądać jakby mieli pieniądze. W jego przypadku nie było, aż tak źle - Tosiek niemal pływał w pieniądzach, reszta rodziny też, więc miał w razie czego kogo poprosić o małą pożyczkę na rozwinięcie jakiejś działalności. Tego jednak nie zrobił, ponieważ wolał dojść sam do wszystkiego - trochę taka Zosia-samosia. Jakby się uprzeć to można by powiedzieć, że tak rzeczywiście było - w końcu przez jeden dzień był alternatywną wersją samego siebie, a przede wszystkim dużo piękniejszą Stacey Borgin.
Dojrzał spojrzenie Maeve ale nie skomentował zachowania Leo, wszak sam wiedział jak to jest. No i... sam coś takiego kiedyś zrobił tylko w jego przypadku cel uświęcał środki - musiał wtedy zagrać va banque. Lekko kiwnął głową w jej kierunku, chcąc ją uspokoić, może trochę wesprzeć na duchu. Tu mógł oczywiście zgrywać chojraka czy wielkiego cwaniaka, udawać co on to nie jest... no ale do czasu - kiedy tylko przekraczał próg pewnego mieszkania na ulicy Pokątnej, był całkowicie innym człowiekiem. Dużo potulniejszym, usłuchanym, stwarzającym pozory dobrego człowieka. Kłamstwo goniło kłamstwo, a lista z biegiem czasu zamiast maleć - rosła.
Udało mu się usłyszeć komentarz Belli ale udawał, że wcale tak nie było. Nie chciał rozlewu krwi na pierwszym spotkaniu, a już na pewno nie na początku działalności. Czy oni sobie zdawali sprawę ile kosztuje solidne wykonane posadzki? Prawdopodobnie nie. Przeczucie mówiło mu, że zaraz dojdzie tu do rękoczynów albo zaroi tu się od kryminalnych... i mógłby powiedzieć swój prawie ulubiony żart odnośnie tego, że nie powinni wołać funkcjonariuszy bezpieczeństwa bo przecież jeden był już na miejscu, czyż nie? Stanley wierzył jednak, że jakiekolwiek formy wymierzania sprawiedliwości poczekają jeszcze trochę i wyjaśnią to sobie za drzwiami, po opuszczeniu Głębiny i Wybrzeża Klatki Schodowej... A gdybym im powiedział, że naczelny lekarz Śmierciożerców był mugolem, przezwał nas od jakiegoś farszu, a mi wróżył przyszłość w slalomie... Pojebane Borgin uznał, że ta wiadomość może poczekać. W końcu na wszystko przyjdzie odpowiedni czas.
Lata praktyki w ochronie własnego umysłu jednak nie poszły na marne. Poczuł jak ktoś próbuje manipulować jego zmysłami. Nic z tych rzeczy. Ja znam te sztuczki Wśród nich była wila... i to nie taka, której mógłby pozwolić, bez słowa protestu na takie działania. Co więcej - zaczął nawet podejrzewać kto to mógł być ale po raz kolejny wolał sprawę przemilczeć, udać, że nic się nie stało i po prostu żyć dalej. Czego to człowiek jest w stanie się nauczyć od swojej lepszej połówki? Wiele, jak chociażby wiedza kiedy nie należy roztrząsać tematu albo jak spóźnianie się może denerwować.
Wsłuchiwał się dalej w słowa odnośnie Eldira, co jakiś czas poklepując się po brodzie w zaciekawieniu - My już ten przysłowiowy kij w mrowisko wbiliśmy... teraz tylko zaczynają wychodzić mrówki - dodał jeszcze od siebie w kwestii tego co się działo na Nokturnie - I tylko teraz od nas zależy jak to się dalej potoczy - przeniósł spojrzenie w kierunku Lorraine kiedy wspomniała o jakichś przysięgach - Przysięgi nie są trwałe. Trwają tak długo jak tylko wszystkie strony są zainteresowane ich ciągłością. Zresztą obawiam się, że ktokolwiek nie byłby zainteresowany współpracą to nie mógłby opuścić tego lokalu o własnych siłach w dniu dzisiejszym - wziął łyka ze swojej szklanki - Część z nas łączą już pewne rzeczy... - uśmiechnął się w kąciku ust. Oczywiście chodziło mu o działania ku chwale Czarnego Pana i kierował ten uśmiech do Sauriela i Nicholasa o których udziale przecież wiedział - Musimy Lorraine zawiązać sojusz z co najmniej kilku względów. Po pierwsze ze względu na Maeve - kiwnął do Changówny głową - Po drugie nie możemy prowadzić wojny na kilku frontach. Potrzebujemy sojuszników do tej wojny... Jakbyś chciała to Sauriel może Ci poopowiadać on się zna na tych rzeczach - pił do tego, że Rookwood często ględził o jakichś ciekawostkach i jego ulubieńcem był chyba pewien wąsaty Gruzin, co wiedział coś niecoś na ten temat - Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jeżeli dzisiaj nie podejmiemy tego ryzyka, nie podejmiemy go już nigdy... więc ja jestem za. Kto jeszcze? - zapytał, unosząc szklankę w górę w geście toastu jakoby to miał być swego rodzaju pakt między nimi wszystkimi. To był dopiero początek - przed nimi była jeszcze długa droga do wszystkiego. Do zapanowania nad Nokturnem, do docięcia się między sobą, a przede wszystkim do przetrwania w tym ponurym miejscu. A ekipa Eldirra miała być tylko testem...
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972