17.11.2023, 02:51 ✶
Nie rozpoznała go od razu. Był starszy i dojrzalszy, gdyby chciała mu dokopać, dodałaby również, że niezbyt łaskawie nadgryzł go ząb czasu, ale na męskiej urodzie nie znała się przecież aż tak dobrze.
Wspomnienia zaś dopadły ją chwilę później.
Pamiętała słońce, dużo słońca, które wysypało się na meble zza mlecznego okna. Śmiech ciążył na wargach ojca, gdy przeżuwał bajgla w ich kuchni – swobodnie opierał się o blat, w dłoni trzymając kubek z parującą jak kipiejący wulkan kawą; ten śmiech zdawał się być związany głęboko w gardle, bo nie ustępował pod gradobiciem kolejnych słów wypływających z ust Laurence’a. Nigdy nie zanotowała w głowie o czym rozmawiali, bo treść rozmowy jakoś ważna nigdy nie była, a może po prostu nie rozumiała obcego żargonu i hermetycznych docinek. Selwyn stał po przeciwnej stronie kuchni, obiema dłońmi trzymając oparcie krzesła, którego równie dobrze mogło tam nie być. Gdy weszła do środka, błękit spojrzenia Garricka zajaśniał jakby płochliwym przejęciem, ale grymas, który zaraz potem się gdzieś nieśmiało przełknął, daleki był od wstydu.
Nie było wiele tych momentów, a przynajmniej niewiele takich, których mogła by być świadkiem. Ale w międzyczasie działo się wszystko inne. Gra spojrzeń. Takich ciężko ociosanych, grubych jak bale drewna, ale i subtelnych, wyrywkowych, może i ulotnych jak zagadkowy słup światła, którego przecina cień. Potem Selwyn zniknął, nie wiedziała kiedy i jak, ale już nie widziała śmiechów, półszeptów i niejednoznacznych wymian spojrzeń. Ojcowskie oblicze przygasło, a coś zostawiło drzazgę w jego sercu.
— Dzień dobry panie Selwyn— przywitała go bezosobowo, bo tak naprawdę nie wiedziała jakiej barwy nadać głoskom.
— Pamiętam pana.
Zmarszczyła czoło, taksując go spojrzeniem od stóp do głowy. Surowa ekspresja samoistnie wdarła się na wargi, ale nie miała zamiaru wdrażać w grę żadnych niepotrzebnych komentarzy. Zresztą, była na to zbyt niezręczna towarzysko, a nie na tyle zdenerwowana, aby oddać emocjom lejce panowania nad sobą.
— Widział pan to?— wskazała palcem na posąg, stojąc nieruchomo w obranym sobie miejscu.
— Wydaje mi się, że powinniśmy rozproszyć zaklęcie, ale — zawahała się — czy to nie wygląda dosyć podejrzanie?
Wspomnienia zaś dopadły ją chwilę później.
Pamiętała słońce, dużo słońca, które wysypało się na meble zza mlecznego okna. Śmiech ciążył na wargach ojca, gdy przeżuwał bajgla w ich kuchni – swobodnie opierał się o blat, w dłoni trzymając kubek z parującą jak kipiejący wulkan kawą; ten śmiech zdawał się być związany głęboko w gardle, bo nie ustępował pod gradobiciem kolejnych słów wypływających z ust Laurence’a. Nigdy nie zanotowała w głowie o czym rozmawiali, bo treść rozmowy jakoś ważna nigdy nie była, a może po prostu nie rozumiała obcego żargonu i hermetycznych docinek. Selwyn stał po przeciwnej stronie kuchni, obiema dłońmi trzymając oparcie krzesła, którego równie dobrze mogło tam nie być. Gdy weszła do środka, błękit spojrzenia Garricka zajaśniał jakby płochliwym przejęciem, ale grymas, który zaraz potem się gdzieś nieśmiało przełknął, daleki był od wstydu.
Nie było wiele tych momentów, a przynajmniej niewiele takich, których mogła by być świadkiem. Ale w międzyczasie działo się wszystko inne. Gra spojrzeń. Takich ciężko ociosanych, grubych jak bale drewna, ale i subtelnych, wyrywkowych, może i ulotnych jak zagadkowy słup światła, którego przecina cień. Potem Selwyn zniknął, nie wiedziała kiedy i jak, ale już nie widziała śmiechów, półszeptów i niejednoznacznych wymian spojrzeń. Ojcowskie oblicze przygasło, a coś zostawiło drzazgę w jego sercu.
— Dzień dobry panie Selwyn— przywitała go bezosobowo, bo tak naprawdę nie wiedziała jakiej barwy nadać głoskom.
— Pamiętam pana.
Zmarszczyła czoło, taksując go spojrzeniem od stóp do głowy. Surowa ekspresja samoistnie wdarła się na wargi, ale nie miała zamiaru wdrażać w grę żadnych niepotrzebnych komentarzy. Zresztą, była na to zbyt niezręczna towarzysko, a nie na tyle zdenerwowana, aby oddać emocjom lejce panowania nad sobą.
— Widział pan to?— wskazała palcem na posąg, stojąc nieruchomo w obranym sobie miejscu.
— Wydaje mi się, że powinniśmy rozproszyć zaklęcie, ale — zawahała się — czy to nie wygląda dosyć podejrzanie?