17.11.2023, 12:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2023, 12:09 przez Brenna Longbottom.)
- W Kniei stało się wiele rzeczy – mruknęła Brenna, chowając różdżkę. Na moment uśmiech znikł z jej ust.
Sylwetki w maskach. Pokrwawiona Heather w jej ramionach. Nora i Cameron zagubieni w Kniei. Duch chłopca i krew na drzewie. Zasuszone ciało Derwina. Płonący las i widmowe sylwetki na jego tle. Strach i gorycz na postarzałej nagle twarzy Mildred. Echa krzyków pary, która nie zdołała uciec przed zjawami i twarz chłopca, spoglądająca z magicznych plakatów.
– Ale nie martw się, nie zbliżymy się do niej – obiecała, znów unosząc wzrok na kobietę i na powrót pogodnie się uśmiechając, jak gdyby nigdy nic. – To zaklęcie zapobiega plątaniu się smyczy, uwierz, spacer z taką gromadą nie jest łatwy. Dlatego praktycznie zawsze chodzimy we dwójkę albo we trójkę, żeby wiesz, nie skończyć tak jak ja przy tym zającu – oświadczyła lekkim tonem, nie kłamstwo, ot jedna z wielu jej półprawd. Bo przecież rzuciła to zaklęcie, ot kolejne miało sprawdzić, czy mają towarzystwo. A na spacery wychodzili grupą, w różnych godzinach, w różne miejsca, sprawdzając najpierw, czy nikt nie obserwuje domu – bo sama tak zarządziła, po wywiadzie Erika świadoma, że ten może stać się celem dla śmierciożerców. Nie bez powodu psy głównie wypuszczali do sadu, i nie bez powodu kiedy Brenna chciała pobiegać czy pobyć sama, zamiast chodzić na długie wędrówki po okolicy, teleportowała się teraz sprzed samego domu gdzieś, gdzie raczej nikt by jej nie szukał. I dokładnie to samo doradzała całej reszcie.
Ale nie zamierzała obarczać tymi zmartwieniami Olivii. Quirke była czystej krwi i trzymała się od konfliktu z dala. W teorii była bezpieczna.
W praktyce, oczywiście, mogła przyjść na takie Beltane i zginąć przypadkiem, bo jak udowodnili śmierciożercy, mało ich takie ofiary obchodziły… ale wciąż, mogła trzymać się od tego z daleka.
– Większość tych, którzy znikli bez śladu, faktycznie ucieka – powiedziała, zamykając starannie za nimi bramę i ruszając ścieżką ku wrzosowisku. O ile Ponurak, Łatek i Brownie szły dość grzecznie, to Gałgan wyrywał na przód, wyraźnie podekscytowany spacerem. – Śmierciożercy lubią podpisywać swoje dzieła, zostawiać ciała albo mroczny znak na niebie. Ale nie ma co o tym mówić. Byłaś już kiedyś na tutejszych wrzosowiskach? O tej porze roku nie robią takiego wrażenia, ale pod koniec sierpnia zdają się płonąć fioletem. Są tam też ruiny, które bardzo lubię, podobno kiedyś zaklęte przez Godryka Gryffindora. Wiele po nich nie zostało, ale kiedy tam jestem, prawie czuję... echa tej dawnej magii. Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam wspinać się po nich i ćwiczyć tam zaklęcia.
Wciąż było to zresztą jedno z jej ulubionych miejsc treningów, kiedy opuszczała dom. Także dlatego, że zła magia działała tam jakby gorzej.
Sylwetki w maskach. Pokrwawiona Heather w jej ramionach. Nora i Cameron zagubieni w Kniei. Duch chłopca i krew na drzewie. Zasuszone ciało Derwina. Płonący las i widmowe sylwetki na jego tle. Strach i gorycz na postarzałej nagle twarzy Mildred. Echa krzyków pary, która nie zdołała uciec przed zjawami i twarz chłopca, spoglądająca z magicznych plakatów.
– Ale nie martw się, nie zbliżymy się do niej – obiecała, znów unosząc wzrok na kobietę i na powrót pogodnie się uśmiechając, jak gdyby nigdy nic. – To zaklęcie zapobiega plątaniu się smyczy, uwierz, spacer z taką gromadą nie jest łatwy. Dlatego praktycznie zawsze chodzimy we dwójkę albo we trójkę, żeby wiesz, nie skończyć tak jak ja przy tym zającu – oświadczyła lekkim tonem, nie kłamstwo, ot jedna z wielu jej półprawd. Bo przecież rzuciła to zaklęcie, ot kolejne miało sprawdzić, czy mają towarzystwo. A na spacery wychodzili grupą, w różnych godzinach, w różne miejsca, sprawdzając najpierw, czy nikt nie obserwuje domu – bo sama tak zarządziła, po wywiadzie Erika świadoma, że ten może stać się celem dla śmierciożerców. Nie bez powodu psy głównie wypuszczali do sadu, i nie bez powodu kiedy Brenna chciała pobiegać czy pobyć sama, zamiast chodzić na długie wędrówki po okolicy, teleportowała się teraz sprzed samego domu gdzieś, gdzie raczej nikt by jej nie szukał. I dokładnie to samo doradzała całej reszcie.
Ale nie zamierzała obarczać tymi zmartwieniami Olivii. Quirke była czystej krwi i trzymała się od konfliktu z dala. W teorii była bezpieczna.
W praktyce, oczywiście, mogła przyjść na takie Beltane i zginąć przypadkiem, bo jak udowodnili śmierciożercy, mało ich takie ofiary obchodziły… ale wciąż, mogła trzymać się od tego z daleka.
– Większość tych, którzy znikli bez śladu, faktycznie ucieka – powiedziała, zamykając starannie za nimi bramę i ruszając ścieżką ku wrzosowisku. O ile Ponurak, Łatek i Brownie szły dość grzecznie, to Gałgan wyrywał na przód, wyraźnie podekscytowany spacerem. – Śmierciożercy lubią podpisywać swoje dzieła, zostawiać ciała albo mroczny znak na niebie. Ale nie ma co o tym mówić. Byłaś już kiedyś na tutejszych wrzosowiskach? O tej porze roku nie robią takiego wrażenia, ale pod koniec sierpnia zdają się płonąć fioletem. Są tam też ruiny, które bardzo lubię, podobno kiedyś zaklęte przez Godryka Gryffindora. Wiele po nich nie zostało, ale kiedy tam jestem, prawie czuję... echa tej dawnej magii. Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam wspinać się po nich i ćwiczyć tam zaklęcia.
Wciąż było to zresztą jedno z jej ulubionych miejsc treningów, kiedy opuszczała dom. Także dlatego, że zła magia działała tam jakby gorzej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.