17.11.2023, 13:34 ✶
Lorraine westchnęła tylko na wieść o patrolu Augustusa Rookwooda. Znała go oczywiście pobieżnie z widzenia, w końcu również należał do Domu Węża, no i, rzecz jasna, z tytułu pełnionej przez niego funkcji prefekta, i nie miała o nim zbyt dobrego zdania. Kiedy się na niego patrzyło, nigdy nie można było wyczuć, co myśli: raz zimny, raz gorący, raz pilny uczeń, raz brylujący w towarzystwie bananowy chłoptaś ze zbyt ostrym uśmieszkiem.
– A mogłoby się wydawać, że nie powinien być cholernym służbistą przy takim charakterku. – syknęła ironicznie, potrząsając lekko głową, jakby chciała od siebie odsunąć wizję czającego się gdzieś w mroku, bardziej narwanego Rookwooda. W ogóle, ilu może być Rookwoodów w tym cholernym zamku, i to jeszcze na stanowiskach prefektów? Rozmnażali się przez pączkowanie jak dementory, czy może wiatropylnie – tak jak roślina, której liście teraz zbierała?
Czysty nepotyzm i tyle, zawyrokowała ze złością Lorraine, choć nie powiedziała tego na głos, bo znała już trochę świat i doskonale wiedziała, że dla większości czarodziejów hasło „nepotyzm” przywodzi natychmiastowe skojarzenie – niemal jak w odruchu Pawłowa – z nazwiskiem „Malfoy”.
– Mówisz tak, jakbyś miała z nim wcześniej problemy. Walnij go klątwą następnym razem w tę odznakę prefekta – szepnęła, zabierając się za wyrywanie splątanych kłącz – ostatniego składnika, którego potrzebowała. Od pracy oderwał ją dopiero szept Aveliny, która – zapewne nieświadomie – trafiła w sedno. Serce Malfoy zatrzymało się na jedno uderzenie.
– Tak, mój ulubiony nazwałam Nie zesraj się, wyślę ci darmową próbkę – odparowała szybko Lorraine, choć policzki pokolorował jej wstydliwy rumieniec, kiedy Krukonka rzuciła swój komentarz deprecjonujący powagę jej rozwijającej się działalności gospodarczej.
Nie miała pojęcia, na ile Avelinę dotknęły wygłoszone przez nią wcześniej przytyki do jej wyglądu – zapewne ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że w jakiś sposób udało jej się wzruszyć zdawałoby się niezachwianą pewność siebie i opanowanie starszej dziewczyny – fakt faktem, że była to najprostsza i najskuteczniejsza taktyka, jeżeli chodziło o potyczki słowne z innymi ludźmi, czego Lorraine zdążyła się nauczyć nie tylko z licznych werbalnych sparingów, jakie musiała prowadzić od wczesnego dzieciństwa z innymi dziećmi czystej krwi z bardziej zamożnych rodzin, a także z autopsji: bo sama miała bardzo dużo kompleksów, i stając przed lustrem, czasami widziała w sobie tylko niedoskonałości… Przez resztę czasu postrzegała się jako najcudowniejszą z istot na tym ziemskim padole. I tak sobie jakoś trwała, oscylując wiecznie między zaciekłą nienawiścią wobec tego, kim jest, a przesadnym samouwielbieniem, z czasem dochodząc do wniosku, że nikt nie może jej skrytykować tak ostro, jak ona sama.
Ale kiedy już przychodziło do jej statusu materialnego… Lorraine panicznie bała się, że ktoś kiedyś zda sobie sprawę z pełni jej ubóstwa, i już na zawsze przylgnie do niej powiedzonko „wyżej siada, niż miotłę ma”. Poważny biznes, jak ze słuszną pogardą podkreśliła Avelina, był jedną z żałosnych prób podreperowania żałosnego stanu jej finansów. Szczerze wstydziła się, że nie stać jej było nawet na małe piwo kremowe podczas wyjść do Hogsmeade, ba, nie zakupiła nawet do tej pory wszystkich podręczników, bo te astronomicznie zdrożały. Mogła udawać ile chciała, że uwielbia eliksiry na tyle, że zarwie nockę, aby zrealizować zamówienie na eliksiry upiększające dla koleżanek z domu, ale gdyby mogła, wolałaby poświęcić ten czas na naukę. Albo sen, jak normalny człowiek.
Na początku odczuwała duży dyskomfort, kiedy z pokrętnym uśmieszkiem reklamowała swoje usługi, zapewniając, że najlepszy towar to u niej; nie czuła się żadną „cool dilerką”, choć próbowała przekonać samą siebie, że jest inaczej, kiedy ozdabiała swoje zeszyty z eliksirów albo mrugała do jakiegoś ładnego chłopca w bibliotece znad stosu książek, kiedy ten szeptał do swoich kolegów, że „nie tylko ładna, ale i mądra”. Tak naprawdę, to Avelina miała rację – Lorraine była żałosna i próbowała się dowartościować. Ale na pewno nie była słaba.
No dobra, może fizycznie była słaba. Bo ta doniczka, z której wyrywała kłącza, była cholernie ciężka, i znowu przeraźliwie zaszurała.
– A mogłoby się wydawać, że nie powinien być cholernym służbistą przy takim charakterku. – syknęła ironicznie, potrząsając lekko głową, jakby chciała od siebie odsunąć wizję czającego się gdzieś w mroku, bardziej narwanego Rookwooda. W ogóle, ilu może być Rookwoodów w tym cholernym zamku, i to jeszcze na stanowiskach prefektów? Rozmnażali się przez pączkowanie jak dementory, czy może wiatropylnie – tak jak roślina, której liście teraz zbierała?
Czysty nepotyzm i tyle, zawyrokowała ze złością Lorraine, choć nie powiedziała tego na głos, bo znała już trochę świat i doskonale wiedziała, że dla większości czarodziejów hasło „nepotyzm” przywodzi natychmiastowe skojarzenie – niemal jak w odruchu Pawłowa – z nazwiskiem „Malfoy”.
– Mówisz tak, jakbyś miała z nim wcześniej problemy. Walnij go klątwą następnym razem w tę odznakę prefekta – szepnęła, zabierając się za wyrywanie splątanych kłącz – ostatniego składnika, którego potrzebowała. Od pracy oderwał ją dopiero szept Aveliny, która – zapewne nieświadomie – trafiła w sedno. Serce Malfoy zatrzymało się na jedno uderzenie.
– Tak, mój ulubiony nazwałam Nie zesraj się, wyślę ci darmową próbkę – odparowała szybko Lorraine, choć policzki pokolorował jej wstydliwy rumieniec, kiedy Krukonka rzuciła swój komentarz deprecjonujący powagę jej rozwijającej się działalności gospodarczej.
Nie miała pojęcia, na ile Avelinę dotknęły wygłoszone przez nią wcześniej przytyki do jej wyglądu – zapewne ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że w jakiś sposób udało jej się wzruszyć zdawałoby się niezachwianą pewność siebie i opanowanie starszej dziewczyny – fakt faktem, że była to najprostsza i najskuteczniejsza taktyka, jeżeli chodziło o potyczki słowne z innymi ludźmi, czego Lorraine zdążyła się nauczyć nie tylko z licznych werbalnych sparingów, jakie musiała prowadzić od wczesnego dzieciństwa z innymi dziećmi czystej krwi z bardziej zamożnych rodzin, a także z autopsji: bo sama miała bardzo dużo kompleksów, i stając przed lustrem, czasami widziała w sobie tylko niedoskonałości… Przez resztę czasu postrzegała się jako najcudowniejszą z istot na tym ziemskim padole. I tak sobie jakoś trwała, oscylując wiecznie między zaciekłą nienawiścią wobec tego, kim jest, a przesadnym samouwielbieniem, z czasem dochodząc do wniosku, że nikt nie może jej skrytykować tak ostro, jak ona sama.
Ale kiedy już przychodziło do jej statusu materialnego… Lorraine panicznie bała się, że ktoś kiedyś zda sobie sprawę z pełni jej ubóstwa, i już na zawsze przylgnie do niej powiedzonko „wyżej siada, niż miotłę ma”. Poważny biznes, jak ze słuszną pogardą podkreśliła Avelina, był jedną z żałosnych prób podreperowania żałosnego stanu jej finansów. Szczerze wstydziła się, że nie stać jej było nawet na małe piwo kremowe podczas wyjść do Hogsmeade, ba, nie zakupiła nawet do tej pory wszystkich podręczników, bo te astronomicznie zdrożały. Mogła udawać ile chciała, że uwielbia eliksiry na tyle, że zarwie nockę, aby zrealizować zamówienie na eliksiry upiększające dla koleżanek z domu, ale gdyby mogła, wolałaby poświęcić ten czas na naukę. Albo sen, jak normalny człowiek.
Na początku odczuwała duży dyskomfort, kiedy z pokrętnym uśmieszkiem reklamowała swoje usługi, zapewniając, że najlepszy towar to u niej; nie czuła się żadną „cool dilerką”, choć próbowała przekonać samą siebie, że jest inaczej, kiedy ozdabiała swoje zeszyty z eliksirów albo mrugała do jakiegoś ładnego chłopca w bibliotece znad stosu książek, kiedy ten szeptał do swoich kolegów, że „nie tylko ładna, ale i mądra”. Tak naprawdę, to Avelina miała rację – Lorraine była żałosna i próbowała się dowartościować. Ale na pewno nie była słaba.
No dobra, może fizycznie była słaba. Bo ta doniczka, z której wyrywała kłącza, była cholernie ciężka, i znowu przeraźliwie zaszurała.