17.11.2023, 13:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)
Kiedy obok Lorraine zmaterializował się Murtagh – jakby wyjęty prosto z jej myśli, widać wspólne grzebanie w głowach zbliża ludzi – na jej ustach wykwitł nieśmiało uśmiech z gatunku tych leniwych, oscylujących gdzieś pomiędzy „a nie mówiłam?” i „fajnie, że przyszedłeś”.
Rodzina Macmillanów była jej bliska przez wzgląd na przyjaźń z Sarą: młodsza dziewczyna szybko wkradła się w jej serce, kiedy Lorraine nie miała wokół siebie nikogo – poza kadzidłami lokalnego kowenu – kto ulżyłby jej w przerażającej samotności, wypełnił pustkę, jaką odczuwała po stracie matki. Sarah była kimś, kto posiadał naturalną zdolność do przenikania fasady sztuczności. Choć Malfoy szczerze podziwiała tę przenikliwość, i dzieliła się ze spirytystką wieloma poważnymi problemami, dalej wolała pokazywać się przyjaciółce głównie od tej lepszej strony… Nie tylko z dumy, ale i z troski, choć Sarah troski nie potrzebowała, jak szybko zdołała się przekonać; w dziewczynie kryła się mądrość, którą łatwo było przeoczyć, kiedy patrzyło się jak pląsa wokół pentagramów obstawionych świecami.
Murtagh był do niej zaskakująco podobny w tej przenikliwości – może właśnie dzięki legilimencji – choć jego relacja z Lorraine idealnie kontrastowała z tym, co starała się prezentować przed jego siostrą. Poznali się na Nokturnie, w burdelu na dodatek, a potem… Cóż, historia była długa, trupów wiele, jedno było pewne: oboje dobrze znali te gorsze wersje samych siebie – w końcu nie potrafili powstrzymać się przed wzajemnym eksperymentowaniem na własnych chorych główkach – a znając rozmiar zepsucia tego drugiego, grzecznie współpracowali, zamiast uciekać z krzykiem.
To że Murtagh ostatnio częściej poddawał się podszeptom melancholii, nie uszło więc uwagi Lorraine.
– Jeżeli efekty tego eliksiru prawdy utrzymują się na dłużej niż kilka minut, wszyscy są przegrani – odpowiedziała, dalej niedowierzając, że uczestnicy tak po prostu zgodzili się na taki atak na swoją prywatność. – Ile dziś wypiłeś? – zapytała nagle, z cieniem troski w głosie. To pytanie było niemal automatyczne, wyuczone; przez chwilę aż dostała deja vu, bo przypomniała sobie, że o to samo pytała zawsze ojca jej matka, cóż za fatalna samospełniająca się przepowiednia! Ale musiała dbać w końcu o wspólnika, chociaż czasem był naprawdę wkurwiającym rozpoetyzowanym pijakiem. Bo wiesz, tyle galonów etanolu działa lepiej niż flaszka veritaserum, chciała dodać z uśmieszkiem, ale tknięta jakimś tajemniczym przeczuciem odwróciła głowę w stronę sceny, marszcząc brwi. Głos pierwszego z uczestników wydał jej się dziwnie znajomy... Dostał słodkie pytanie – ona by poprosiła o niewygodne szczegóły, gdyby miała władzę nad naćpanego eliksirem prawdy mężczyzną, więc doceniła takt goszczącej na scenie kobiety – aż Lorraine sama mimowolnie wróciła do lat szkolnych i swojego pierwszego związku… Przewróciła oczami. Znając Atreusa, pewnie grał gdzieś z tanimi dzierlatkami w rozbieranego pokera, i niby to przypadkowo wyrzucał z kieszeni odznakę aurora(!!!), kiedy wstawał, by zdjąć przed nimi koszulę. Uśmiechnęła się do tej myśli.
Reszta kawalerów (lub nie, biorąc pod uwagę delikatną pauzę popełnioną przez ostatniego z panów) również wzbudziła w Lorraine – chcącej wybadać, jak silny był eliksir prawdy podany uczestnikom – zainteresowanie… A już historia miłosna pana numer dwa była nader zajmująca!! Co jakiś czas rzucała Murtaghowi porozumiewawcze spojrzenie w co dramatyczniejszych momentach, zasłaniając usta, coby nie parsknąć chichotem, gdy głos mężczyzny przybierał co bardziej rozmarzony ton.
Rodzina Macmillanów była jej bliska przez wzgląd na przyjaźń z Sarą: młodsza dziewczyna szybko wkradła się w jej serce, kiedy Lorraine nie miała wokół siebie nikogo – poza kadzidłami lokalnego kowenu – kto ulżyłby jej w przerażającej samotności, wypełnił pustkę, jaką odczuwała po stracie matki. Sarah była kimś, kto posiadał naturalną zdolność do przenikania fasady sztuczności. Choć Malfoy szczerze podziwiała tę przenikliwość, i dzieliła się ze spirytystką wieloma poważnymi problemami, dalej wolała pokazywać się przyjaciółce głównie od tej lepszej strony… Nie tylko z dumy, ale i z troski, choć Sarah troski nie potrzebowała, jak szybko zdołała się przekonać; w dziewczynie kryła się mądrość, którą łatwo było przeoczyć, kiedy patrzyło się jak pląsa wokół pentagramów obstawionych świecami.
Murtagh był do niej zaskakująco podobny w tej przenikliwości – może właśnie dzięki legilimencji – choć jego relacja z Lorraine idealnie kontrastowała z tym, co starała się prezentować przed jego siostrą. Poznali się na Nokturnie, w burdelu na dodatek, a potem… Cóż, historia była długa, trupów wiele, jedno było pewne: oboje dobrze znali te gorsze wersje samych siebie – w końcu nie potrafili powstrzymać się przed wzajemnym eksperymentowaniem na własnych chorych główkach – a znając rozmiar zepsucia tego drugiego, grzecznie współpracowali, zamiast uciekać z krzykiem.
To że Murtagh ostatnio częściej poddawał się podszeptom melancholii, nie uszło więc uwagi Lorraine.
– Jeżeli efekty tego eliksiru prawdy utrzymują się na dłużej niż kilka minut, wszyscy są przegrani – odpowiedziała, dalej niedowierzając, że uczestnicy tak po prostu zgodzili się na taki atak na swoją prywatność. – Ile dziś wypiłeś? – zapytała nagle, z cieniem troski w głosie. To pytanie było niemal automatyczne, wyuczone; przez chwilę aż dostała deja vu, bo przypomniała sobie, że o to samo pytała zawsze ojca jej matka, cóż za fatalna samospełniająca się przepowiednia! Ale musiała dbać w końcu o wspólnika, chociaż czasem był naprawdę wkurwiającym rozpoetyzowanym pijakiem. Bo wiesz, tyle galonów etanolu działa lepiej niż flaszka veritaserum, chciała dodać z uśmieszkiem, ale tknięta jakimś tajemniczym przeczuciem odwróciła głowę w stronę sceny, marszcząc brwi. Głos pierwszego z uczestników wydał jej się dziwnie znajomy... Dostał słodkie pytanie – ona by poprosiła o niewygodne szczegóły, gdyby miała władzę nad naćpanego eliksirem prawdy mężczyzną, więc doceniła takt goszczącej na scenie kobiety – aż Lorraine sama mimowolnie wróciła do lat szkolnych i swojego pierwszego związku… Przewróciła oczami. Znając Atreusa, pewnie grał gdzieś z tanimi dzierlatkami w rozbieranego pokera, i niby to przypadkowo wyrzucał z kieszeni odznakę aurora(!!!), kiedy wstawał, by zdjąć przed nimi koszulę. Uśmiechnęła się do tej myśli.
Reszta kawalerów (lub nie, biorąc pod uwagę delikatną pauzę popełnioną przez ostatniego z panów) również wzbudziła w Lorraine – chcącej wybadać, jak silny był eliksir prawdy podany uczestnikom – zainteresowanie… A już historia miłosna pana numer dwa była nader zajmująca!! Co jakiś czas rzucała Murtaghowi porozumiewawcze spojrzenie w co dramatyczniejszych momentach, zasłaniając usta, coby nie parsknąć chichotem, gdy głos mężczyzny przybierał co bardziej rozmarzony ton.