15.11.2022, 20:10 ✶
- Jednym potomku. Jak nie ma cię w pobliżu, nic się nie dzieje – parsknęła Brenna. O, jej makaron z serem był na to doskonałym dowodem, prawda? Wyszedł idealnie, bez żadnych problemów, tylko dlatego, była pewna, że przygotowała go, zanim Erik wrócił do domu. – Chyba że to było coś w rodzaju: za siedem pokoleń, najstarszy syn z najstarszego syna, zostanie dosiągnięty moją klątwą, którą rzucam, bo piątego lipca roku 1653 podano mi niesmaczną sałatkę… Znaczy się, wiesz, Mav, Erik nigdy nie był orłem kuchennym, to jedyna rzecz, która mu nie wychodziła. Ale kiedyś rondle nie zaczynały mnie atakować tylko dlatego, że on wszedł do kuchni.
Mogło się wydawać, że podchodzi do tego ze zdumiewającą beztroską. Ale w końcu żyli w świecie czarodziejów. Małe, kuchenne wybuchy albo złośliwa patelnia nie wystarczyły, aby wytrącić ją z równowagi. Martwiła się na tyle, by faktycznie skonsultować się z klątwołamaczem, ale też traktowała to wszystko jako drobną niedogodność, nie powód do rozpaczy. A dość często nawet obracała w żart.
- Ale tak całkiem na serio, to zrobiłam listę. Wszystkich ludzi, którzy byli w tej kuchni przed rokiem, bo chyba mniej więcej wtedy doszło do tego? – spytała Brenna, spoglądając na Erika, i wskazując na fotografię. Zdawało się jej, że wtedy sytuacja eskalowała. Owszem, jej brat, który był doskonały w niemal każdej dziedzinie, z gotowaniem nie radził sobie już wcześniej. Ale jednak umiał zrobić kanapkę albo kawę bez siania kuchennego chaosu. Ba, raz nawet przyrządził kurczaka i tylko lekko przypalił przy tym mięso oraz samą patelnię.
A teraz?
Od pierwszego incydentu sytuacja eskalowała. A gdy Erik go opisywał... Uśmiechnęła się tylko na tamto wspomnienie. Prawie tak, jakby się nic nie stało. Właściwie to miał rację, dopiero gdyby przyłapała ich matka, to coś by się stało.
– A ten kurnik pamiętam… To dopiero była zabawa. Modyfikowałam pamięć dzieciakom mugoli, które się z nimi bawiły – westchnęła. Było jej wtedy słabo z nerwów, bo obliviate nie stanowiło jej specjalności, ale jednocześnie nie mogła czekać na ekipę z BUM – gdyby pozwoliła dzieciom pobiec do rodziców, sprzątania byłoby za wiele.
- Może po prostu któreś z nas spyta o te licencje w wolnej chwili? Mogę to załatwić, ale tam w okienku chyba pracuje kobieta, więc będziesz skuteczniejszy – dodała, pakując sobie do ust makaron. – Kudłatego? Chyba w takim wypadku najłatwiej będzie z jakimś mieszańcem… mugolskie schroniska są na pewno przepełnione – stwierdziła z zastanowieniem. Jeśli szło o nią, nie miała szczególnych preferencji. Po prostu zatęskniła za zwierzakiem w domu. A bal zdawał się dobrym pretekstem do wzięcia go. Mogła tłumacząc to robieniem dobrej passy rodzinie „wspieramy zwierzęta, przygarniamy zwierzęta” skombinować psa, z którym będzie potem biegać.
- Biedny pies, to my go zamęczymy, nie on nas… Mav, chcesz posiedzieć jeszcze, czy może wolisz rozpakować rzeczy i odpocząć? - spytała, zamiatając błyskawicznie z talerza resztę swojej porcji.
Mogło się wydawać, że podchodzi do tego ze zdumiewającą beztroską. Ale w końcu żyli w świecie czarodziejów. Małe, kuchenne wybuchy albo złośliwa patelnia nie wystarczyły, aby wytrącić ją z równowagi. Martwiła się na tyle, by faktycznie skonsultować się z klątwołamaczem, ale też traktowała to wszystko jako drobną niedogodność, nie powód do rozpaczy. A dość często nawet obracała w żart.
- Ale tak całkiem na serio, to zrobiłam listę. Wszystkich ludzi, którzy byli w tej kuchni przed rokiem, bo chyba mniej więcej wtedy doszło do tego? – spytała Brenna, spoglądając na Erika, i wskazując na fotografię. Zdawało się jej, że wtedy sytuacja eskalowała. Owszem, jej brat, który był doskonały w niemal każdej dziedzinie, z gotowaniem nie radził sobie już wcześniej. Ale jednak umiał zrobić kanapkę albo kawę bez siania kuchennego chaosu. Ba, raz nawet przyrządził kurczaka i tylko lekko przypalił przy tym mięso oraz samą patelnię.
A teraz?
Od pierwszego incydentu sytuacja eskalowała. A gdy Erik go opisywał... Uśmiechnęła się tylko na tamto wspomnienie. Prawie tak, jakby się nic nie stało. Właściwie to miał rację, dopiero gdyby przyłapała ich matka, to coś by się stało.
– A ten kurnik pamiętam… To dopiero była zabawa. Modyfikowałam pamięć dzieciakom mugoli, które się z nimi bawiły – westchnęła. Było jej wtedy słabo z nerwów, bo obliviate nie stanowiło jej specjalności, ale jednocześnie nie mogła czekać na ekipę z BUM – gdyby pozwoliła dzieciom pobiec do rodziców, sprzątania byłoby za wiele.
- Może po prostu któreś z nas spyta o te licencje w wolnej chwili? Mogę to załatwić, ale tam w okienku chyba pracuje kobieta, więc będziesz skuteczniejszy – dodała, pakując sobie do ust makaron. – Kudłatego? Chyba w takim wypadku najłatwiej będzie z jakimś mieszańcem… mugolskie schroniska są na pewno przepełnione – stwierdziła z zastanowieniem. Jeśli szło o nią, nie miała szczególnych preferencji. Po prostu zatęskniła za zwierzakiem w domu. A bal zdawał się dobrym pretekstem do wzięcia go. Mogła tłumacząc to robieniem dobrej passy rodzinie „wspieramy zwierzęta, przygarniamy zwierzęta” skombinować psa, z którym będzie potem biegać.
- Biedny pies, to my go zamęczymy, nie on nas… Mav, chcesz posiedzieć jeszcze, czy może wolisz rozpakować rzeczy i odpocząć? - spytała, zamiatając błyskawicznie z talerza resztę swojej porcji.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.