Jak to było? Kurwikleszcz? Nie trzeba nawet poznać Flynna, żeby zobaczyć, jak bardzo trafne to było określenie. Latał z podwyższonym popędem seksualnym jak kot z pęcherzem, problemem (choć zależy jak dla kogo problemem) z nadmiarem libido, a jak już się zadowolił to się wpijał w człowieka jak taki kleszcz. I chciał, potrzebował, żeby wszyscy byli do niego przywiązani, ale jednocześnie wcale niekoniecznie chciał samego siebie przywiązać. Musiałby sobie nazbierać jeszcze kilka minusowych punkcików na lodówce, tym sławetnym kawałku papieru, gdzie wpisywano zalety i wady naszego minionego dnia (albo minusy i minusy Flynna, no bo kto szukałby w nim plusów?), żeby Cain zaczął go takimi epitetami określać. To, co między nimi było, nie było zdrowe i czarnowłosy miał za uszami całe stosiki poukładanych minusików, jeden na drugim, popakowane jak świąteczne prezenty pod choinką. Chore przyzwyczajenie czy to rzeczywiście chora samotność drążyła jego ciało? Największym jego dramatem nie było to, że w ogóle się temu poddał, tylko to, że to się znowu rozpłynie i będzie musiał utrzymywać się na powierzchni poukładanego życia (istnego burdelu) wmawiając sobie, że wszystko jest w porządku, że trudno, że nie ma nad czym płakać. Wszystkie te shit pierdoły, które wciska sobie człowiek, kiedy zdaje sobie sprawę, że jeśli przechyli się jeszcze o parę milimetrów to już nie będzie czego z niego zbierać. Ten wtulony w niego Flynn zniknie, wróci do swojego życia i tyle z tego było. Albo będzie chciał się zadowolić przygodnym seksem. Tylko czy człowiekowi, z którym chcesz dzielić tylko sypialnię (albo trawnik) mówisz takie rzeczy? Chcesz go wpuścić do swojej głowy? Cain nie był pewien, czy Flynn sobie z nim tak pogrywa, czy naprawdę czuł to przywiązanie. Czy ta nić... jednak między nimi istniała? Czy Flynn ją odnosił, splatając czerwone niteczki?
Taki kurwikleszcz przykleił się właśnie do niego - i pot mu nie przeszkadzał, bo bardziej przeszkadzało mu zimno. Zrozumiałe? Nie bardzo. Gdyby Bletchley nie wiedział, jaka fobia tłoczyła ciało tego mężczyzny to by go od siebie uparcie odsuwał, bo kurwa - śmierdzieli! Albo to tylko wymówka, że to "on chciał, więc co ja, biedny, poradzę!" Cain nie nazwałby Flynna kurwikleszczem - nazwałby go kotem. Czarnym kociakiem, który ciągle prosi się o mizianie i zabawę, a w końcu przychodzi do ciebie, żeby wleźć ci na kolana i pomruczeć. Nawet jak chcesz iść do kibla to przecież nie zrzucisz tego kota, bo tak słodko śpi... W ostateczności możesz go podnieść na rękach i zabrać ze sobą, ale bez przesady - nie był człowiekiem dwa na dwa, żeby jeszcze nosić Flynna, który wcale taki malutki nie był, jak małpkę. Albo kota. I przez myśli tego kota przelewały się słowa takie, które poruszyłyby Cainem, albo wręcz wstrząsnęły. Takie, które ustawiłby w świętej księdze jako słodycz skapująca z powiek i ust swego ulubionego chłopca, jak to sam Flynn wspomniał. Niestety żadne z nich nie padło. Zatrzymały się na niechęci i strachu, że to wszystko będzie nieodpowiedni, zagubi się w podmuchach wiatru, straci sens i znaczenie. Jaka szkoda... tak bardzo chciałby to wszystko usłyszeć. Być częścią tych myśli, woli i w końcu - świata Fleamonta Bella. Choć... nazwiska swojego nawet nie znał.
Prychnął śmiechem. Durnowate poczucie humoru było na szczęście czymś, co łączyło ich poza emocjonalnym spierdoleniem i jakimś chorym postrzeganiem rzeczywistości. Cain przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że byli zwyczajnie chorzy na uboczu tego społeczeństwa, ale społeczeństwo wcale nie pozwalało im daleko odstawać. Płynęły przez nie rzeki jadu i toksyn, których opary doprowadzały ludzi do szaleństwa. Delikatnie poklepał swoją dłonią Flynna po boku, rozluźniając uścisk, jaki przez moment zmiął jego koszulkę.
- To nie przywiązanie do ciebie jest żałosne. - Poprawił go, przesuwając rękę po jego ciele, żeby trochę potargać mu włosy. Jak naprawdę takiego psiaka, chociaż w tej metaforze to nie Flynn miał być psem. - Żałosne jest uganianie się za kimś, kto cię zostawił jak psa. I jak pies w zasadzie chciałem podkulić ogon i odejść jak cię zobaczyłem. To, że żyjesz i masz się dobrze... zadowoliło mnie. To jest żałosne, a nie? - Postawił mu pytanie, bo chciał usłyszeć, co sam Flynn o tym myślał. W ogóle chciał słyszeć, o czym myślał, ale zdawał sobie sprawę, że dla Flynna organizowanie myśli w słowa to nie było pstryknięcie palców. Jak słodko by było, gdyby Flynn kiedyś poczuł się tak swobodnie, żeby nie filtrował słów od myśli, żeby zaufał. Bardzo wielkie marzenie - jeszcze większe pragnienie. - Miło widzieć, że nie masz kolejnych ran na sobie. - Złapał jego dłoń, przesunął palcami po rękawie, żeby zaraz przesunąć palcami po bliznach, które mu pozostały po tamtym życiu. Smutne wersety tego "życia najgorzej, jak się dało". Maść na blizny. Pomyślał, że powinien mu kupić maść na blizny, może chociaż część mogłaby zniknąć? Wyczuwał jego niepewność, a to sprawiało, że teraz już jego obie ręce wylądowały na jego ciele, jakby mógł tymi ramionami obronić go przed wszystkim, co go rozstrajało i podtrzymać cały ten rachunek sumienia, którego paragon był bardzo długi - Flynn owijał się nim jak najpiękniejszą z kreacji. Chciał go z niego rozebrać i ubrać w jeden ze swoich za dużych na niego swetrów, zapakować w kocyk, dać herbatę do rąk i wytulić na kanapie. Ponieważ miał tylko swoje dłonie to zostawało opatulanie go łopatologiczne i wybrakowane.
Był tym psem, który patrzyłby na odchodzącego chłopca wielkimi oczami nawet nie szczekając. Bo przecież wrócisz, prawda?
- Nie wiem. - Mógł go okłamywać, że niee, na pewno byłby nieszczęśliwy! Ale to byłoby duże przekłamanie, a niekoniecznie chciał go w tym temacie zwodzić. W tym... tak jakby w każdym innym już mógł. - Byłbym na pewno bardziej szczęśliwy, gdybyś mi ufał. - Myślał o tym, że mógłby skończyć w Lecznicy Dusz i zapomnieć o tym wszystkim. Że wtedy byłoby lżej. Ale jakoś... nie mógł się na to zdobyć. - Utrata tych wspomnień, jakie ze sobą dzielimy, jest zajebiście smutną wizją. - Właśnie, jak można było oczekiwać stabilności po kimś zupełnie niestabilnym? Miłość była bardziej skomplikowana w wydaniu Fleamonta - szybka, płonącą intensywnie. I chyba szybko się wypalająca. Ale to nic, rozumiał to, nawet jeśli samemu tego nie akceptował. Nie akceptował siebie w takiej wersji i miał nadzieję, że uda mu się jednak podsunąć gdzieś wyżej i nie zanurzać w wiecznej tragedii uczuć. Bo zanurzanie ich w piwnicy, która miała jeszcze nad sobą piwnicę, albo i nawet z dziesięć piwnic, było bardzo niebezpiecznym przedsięwzięciem.