17.11.2023, 17:37 ✶
Dolina Godryka jeszcze dwa lata temu zdawała się Brennie najbezpieczniejszym, najlepszym miejscem na ziemi. Mieszkali tu mugole i czarodzieje, stare rody, które brały swój początek od Hufflepuff, jak Abbottowie, i od Gryffindora oraz Paverellów, jak sami Longbottomowie. To miejsce zdawało się wręcz przyciągać dobrą magię.
Ostatnie lata udowodniły jednak, że nigdzie już nie było bezpiecznie, a Beltane, wichura i zjawy odarły ją z resztek złudzeń.
W Dolinie Godryka ludzie cierpieli i umierali jak wszędzie indziej.
– Przykro mi – powiedziała miękko, kiedy Olivia wspomniała, że parę lat temu miała do czynienia ze śmierciożercami. Może w innych warunkach pomyślałaby, że ta byłaby dobrym nabytkiem do Zakonu – ale zwyczaje nie była pewna i nie chciała w to Quirke wciągać. Ta nie miała powodów do walki, mogła jeszcze związać się z kimś, kto stoi po drugiej stronie, a chociaż była utalentowana w dziedzinie warzenia mikstur, oni mieli już w swoich szeregach mistrzów eliksirów. Nie było powodów, aby ją narażać.
– Ruiny starej twierdzy, porośnięte bluszczem. Nikt już chyba nie pamięta, co mieściło się tam pierwotnie, ale chociaż się rozsypały, wciąż utrzymują się zaklęcia, przez które nie mogą podejść mugole. Są starsze od wioski. Jako dzieciak lubiłam sobie wyobrażać, że to stara warownia Gryffindora. Kto wie, może nawet rzeczywiście tak było? A nawet jeżeli nie, dobrze tak to sobie wyobrazić, prawda? I jeżeli chcesz, możemy przejść taką trasą, żebyś sobie na nie popatrzyła – oświadczyła, przystając, kiedy psy zaczęły węszyć coś przy drodze. – Tylko jeśli jestem z maksymalnie dwoma albo ktoś jest ze mną. I tylko na wrzosowiskach albo w lesie.
Tam mogła się upewnić najpierw, że nikogo nie ma w pobliżu. Psiaki były jeszcze u nich za krótko, aby odważyła się pozwolić im biegać wolno po wiosce albo w miejscach, gdzie kręcili się mugole.
Skręciła ścieżką, która zaprowadziła je na wzgórze, a potem coraz dalej od wioski. W przeciwną stronę niż ta główna część Kniei. W końcu na horyzoncie zamajaczyły im ruiny – nie miały dachu, spora część ścian skruszyła się, a ocalałe części murów pokrywał bluszcz. To poza nimi ciągnęły się wrzosowiska: miejsce, gdzie nocami tańczyły błędne ogniki, a pośród roślin ponoć grasowały psotne chochliki. I gdzie niekiedy o zmierzchu ci, których los obdarzył Trzecim Okiem, widzieli w oddali przechadzającą się postać.
Ostatnie lata udowodniły jednak, że nigdzie już nie było bezpiecznie, a Beltane, wichura i zjawy odarły ją z resztek złudzeń.
W Dolinie Godryka ludzie cierpieli i umierali jak wszędzie indziej.
– Przykro mi – powiedziała miękko, kiedy Olivia wspomniała, że parę lat temu miała do czynienia ze śmierciożercami. Może w innych warunkach pomyślałaby, że ta byłaby dobrym nabytkiem do Zakonu – ale zwyczaje nie była pewna i nie chciała w to Quirke wciągać. Ta nie miała powodów do walki, mogła jeszcze związać się z kimś, kto stoi po drugiej stronie, a chociaż była utalentowana w dziedzinie warzenia mikstur, oni mieli już w swoich szeregach mistrzów eliksirów. Nie było powodów, aby ją narażać.
– Ruiny starej twierdzy, porośnięte bluszczem. Nikt już chyba nie pamięta, co mieściło się tam pierwotnie, ale chociaż się rozsypały, wciąż utrzymują się zaklęcia, przez które nie mogą podejść mugole. Są starsze od wioski. Jako dzieciak lubiłam sobie wyobrażać, że to stara warownia Gryffindora. Kto wie, może nawet rzeczywiście tak było? A nawet jeżeli nie, dobrze tak to sobie wyobrazić, prawda? I jeżeli chcesz, możemy przejść taką trasą, żebyś sobie na nie popatrzyła – oświadczyła, przystając, kiedy psy zaczęły węszyć coś przy drodze. – Tylko jeśli jestem z maksymalnie dwoma albo ktoś jest ze mną. I tylko na wrzosowiskach albo w lesie.
Tam mogła się upewnić najpierw, że nikogo nie ma w pobliżu. Psiaki były jeszcze u nich za krótko, aby odważyła się pozwolić im biegać wolno po wiosce albo w miejscach, gdzie kręcili się mugole.
Skręciła ścieżką, która zaprowadziła je na wzgórze, a potem coraz dalej od wioski. W przeciwną stronę niż ta główna część Kniei. W końcu na horyzoncie zamajaczyły im ruiny – nie miały dachu, spora część ścian skruszyła się, a ocalałe części murów pokrywał bluszcz. To poza nimi ciągnęły się wrzosowiska: miejsce, gdzie nocami tańczyły błędne ogniki, a pośród roślin ponoć grasowały psotne chochliki. I gdzie niekiedy o zmierzchu ci, których los obdarzył Trzecim Okiem, widzieli w oddali przechadzającą się postać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.