17.11.2023, 20:21 ✶
Z meandrów pamięci wyłaniały się mgliste obrazy. Pachnące lakierem do drewna zaplecze sklepu z różdżkami i przytulne mieszkanie nad nim. Ciepła filiżanka herbaty w jego dłoniach i zmarszczki robiące się wokół oczu Garricka, kiedy się uśmiechał. Była też kobieta o łagodnym spojrzeniu i dwójka dzieci - chłopiec i dziewczynka - ze względu na których trzymał swe pragnienia na wozy, kontrolował swe poczynania tak, jakby odgrywał kolejną rolę. Wiedział zanadto, że niszczy wszystko, co wpadnie mu w ręce, więc nie chciał porwać w nie spolegliwej sylwetki różdżkarza. A później zabrakło kobiety i chłopca i w mieszkaniu nad sklepem zapanowała żałoba. Chciał ulżyć im obojgu, lecz nie był w stanie, bał się, że jeśli zbliży się do niego zanadto, splami pamięć jego żony. A później było za późno, stoczył się na dno i stał się jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Wielkiej Brytanii.
— Cieszę się — odpowiedział z łagodnym uśmiechem, lecz bez entuzjazmu. Nie był bowiem pewien, czy nie lepiej byłoby, gdyby o nim zapomniała i o ciągnącej się za nim wstędze wstydu i potępienia. Nie miał jednak czasu zanadto się nad tym zastanawiać, podążając wzrokiem w kierunku, który wskazała Septima.
Posąg. Ale czy naprawdę był tylko posągiem? Poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu przez plecy. Było w nim coś nietypowego, niepokojącego, jakby...
— Sądzisz, że to nie jest zwykła rzeźba? — zapytał ściszonym głosem.
I wtedy zjawiła się ona.
Odziana była w żółty sweter. Któryś z mugolskich pisarzy - nie był już pewien, czy był to Nabokov, czy Bułhakow - pisał, że to niedobry kolor. Był niczym ostrzeżenie, które Laurence wziął na poważnie i posłusznie postąpił o krok do tyłu. Nie szukał kłopotów; na swą obronę miał tylko notes ma którym tak kurczowo zaciskał dłonie, jakby ten był najcenniejszym, co posiadał. W pewnym sensie tak właśnie było - zapisał w nim wszystkie swoje rozedrgane myśli, subtelne wyznania tęsknoty zawoalowane w szkic scenariusza. A pomiędzy stronami przypięte spinaczem do papieru ostatnie trzy listy, jakie otrzymał od niego sześć lat temu; pomięte i poplamione zdawały się przeżyć równie wiele, co ich adresat.
— Cieszę się — odpowiedział z łagodnym uśmiechem, lecz bez entuzjazmu. Nie był bowiem pewien, czy nie lepiej byłoby, gdyby o nim zapomniała i o ciągnącej się za nim wstędze wstydu i potępienia. Nie miał jednak czasu zanadto się nad tym zastanawiać, podążając wzrokiem w kierunku, który wskazała Septima.
Posąg. Ale czy naprawdę był tylko posągiem? Poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu przez plecy. Było w nim coś nietypowego, niepokojącego, jakby...
— Sądzisz, że to nie jest zwykła rzeźba? — zapytał ściszonym głosem.
I wtedy zjawiła się ona.
Odziana była w żółty sweter. Któryś z mugolskich pisarzy - nie był już pewien, czy był to Nabokov, czy Bułhakow - pisał, że to niedobry kolor. Był niczym ostrzeżenie, które Laurence wziął na poważnie i posłusznie postąpił o krok do tyłu. Nie szukał kłopotów; na swą obronę miał tylko notes ma którym tak kurczowo zaciskał dłonie, jakby ten był najcenniejszym, co posiadał. W pewnym sensie tak właśnie było - zapisał w nim wszystkie swoje rozedrgane myśli, subtelne wyznania tęsknoty zawoalowane w szkic scenariusza. A pomiędzy stronami przypięte spinaczem do papieru ostatnie trzy listy, jakie otrzymał od niego sześć lat temu; pomięte i poplamione zdawały się przeżyć równie wiele, co ich adresat.
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat