Zachichotał. Z niego zawsze był psotnik i uwielbiał zamieszanie. Z drugiej strony, gdyby nie on, Kim nudziłaby się bardziej podczas podróży. Jonathan nigdy nie odmawiał obierania trudniejszych tras, czy wizyt w mniej znanych miejscach. To nie tak, że się nie bał. Trochę robił na złość Gio (to znaczy wyciągał go ze strefy komfortu), ale też czuł się całkowicie bezpiecznie przy Gajdzie. Ufał jej zdolnościom przetrwania tak jak Geraldine. Przy jednej i drugiej mógł wejść do jaskini smoka wiedząc, że jeśli one go zapraszają, to na pewno mają na to jakiś sposób. Bo pomimo tylu wycieczek, ani Giovanni, ani Jonathan nie mogli pochwalić się tytułem mistrza przetrwania. Byli tym ślamazarnym wędrowcą, który miał jakąś tam wiedzę, ale skupiał się bardziej na celu swojej pracy, czyli kontaktach z innymi.
— Nie wiem, czy powiedzieć ci z kim... ale mogę ci powiedzieć, kto był pomysłodawcą... — Dał jej chwilkę, w razie gdyby chciała zgadywać. — Ja! — Wyznał z szerokim uśmiechem i wskazując na siebie gestem dłoni. — Postanowiłem wydać naszego Giovanniego na ożenek, w końcu duży z niego chłop. Ale wtedy ty się pojawiłaś... I... Poddałaś w wątpliwość mój niesamowity plan.
W tych kilku radosnych słowach opisał cały miesiąc swoich zmagań z głębokimi uczuciami po Beltane. Po miesiącu czar prysł kompletnie, a też rozsądek powoli zaczął rozwiewać to, co sam sobie dopowiedział wzmacniając zaklęcie.
— Nie ma co o tym gadać. Było, minęło. — Machnął ręką. — Czy dalej chcę go wyswatać? Cóż, będę musiał, bo sam się do tego nie zabiera. Czy mi się to podoba? Zgadnij... — Posłał jej wymowne spojrzenie. — Ale jeśli masz jakąś kandydatkę godną polecenia, to chętnie przyjmę sugestie.