To chyba jakaś mania, obsesja. Destrukcyjna wyżerająca wnętrze obsesja. Był pewien, że wytrzyma, że nie rozleci się, że cokolwiek się stanie wystarczy mu w sercu dobroci, żeby nie zachwiać się i nie zwątpić w to, że te siły w sobie posiadał, że mógł dokonać na tym świecie czegoś więcej. Uporczywa potrzeba bycia dla kogoś najważniejszym prowadziła go po drogach, w których odkrywał, że nie mógł być najważniejszy dla kogokolwiek. Bo nawet, kiedy trafiał na te nieśmiałe oświadczenia, że może, że jednak..? To je odrzucał. Nie pozwalając sobie na to, żeby puścić serce bez kontroli wycofywał się, ustalając granice i zasady relacji, jakie łączyły go z takimi ludźmi. Sam tworzył dla siebie negatyw - brzydką pułapkę, w której się plątał, a potem co pozostawało? Płacz nad własnym losem? Kiedy tak nad tym myślał to stawał się okrutnikiem w jego własnym mniemaniu, a skończył tak tylko i wyłącznie na własne życzenie. Zapewnienia z zewnątrz, że to nie jego wina... nie jego? Na pewno? Słowa Philipa, że wszystko sprowadzał do seksu, dźwięczały mu w głowie jak dzwon kościelny przeganiające gołębie z pustego placu. Niósł się echem pomiędzy uliczkami budynków, po których nikt się nie przechadzał.
- Dla siebie. - Powtórzył za nią podnosząc w końcu powoli głowę. Feniks przyglądał się temu wszystkiemu, słuchał tej rozmowy, w niemal całkowitym bezruchu. Nic nie wskazywało na to, żeby miał spopielić tutejszą kuchnię. Albo narobić do najbliższych doniczek. - Dla siebie... - Czyli co? Co miałby zrobić dla siebie? Jak miałby żyć? Kim się przejmować, kim nie? Do jakiego stopnia ten egoizm, który był częścią człowieczeństwa, byłby zdrowy, a gdzie zacząłby gardzić samym sobą, że stał się słaby, nie wytrzymał presji, więc wybrał łatwiejszą drogę? Nie było sensu rzucać tu dziecięcego tantrum. Stopnie Farenheita potrafiły rosnąć bardzo szybko, ale do człowieka dorosłego należała odpowiedzialność, żeby się zatrzymać i zbić temperaturę. Czoło nie mogło pozostać gorące, kiedy chciało się podejmować jakiekolwiek decyzje. Tylko że Laurent nie potrafił znaleźć wartości, w której mógłby się dla samego siebie starać. Nie potrafił tego złapać w dłonie. - Dziękuję. - Powiedział z wdzięcznością, uśmiechając się nawet przez to wszystko. Odetchnął głęboko, zamknął oczy. Jeśli oddech wystarczyłby do łapania stabilności to chyba stałby się jego mistrzem w ostatnich tygodniach. Ściągnął dłoń z klatki piersiowej mając zaufanie, że nic tutaj nie wybuchnie do stopnia, w którym chciałby uciec w najdalszy, najgłębszy zakamarek morza. To było właśnie magiczne we Florence - zawsze czuł, że nawet jeśli będzie zawiedziona jego postępowaniem to nie potraktuje go tak jak... jak Edward. Że mógł u niej znaleźć przebaczenie dla błędów i potykania się.
Ułożone na powrót na stole dłonie napotkały dłonie Florence i nie umknęły przed nimi. Miała rację, nie chciał mówić tych słów, przyznawać się, że w ogóle te myśli błąkają się po jego głowie. Ale to, że ich nie wypowiadał, bo nie chciał nikogo martwić i smucić, nie znaczyło, że ich nie było. Były. Przez to, że niewypowiadane, to brzęczące swoją samotnością zamknięcia w świecie, do którego nikogo nie dopuszczał. W zasadzie - nikogo oprócz niej. Starał się jakoś otwierać, ale kiedy patrzył na ludzi wokół, którzy potrzebowali wsparcia, albo kiedy myślał, że nawet mógłby... to dotykało go przerażenie. Co ta osoba o mnie pomyśli? Co powie?
- Wniosłem. Florence, wniosłem bardzo wiele, wiem. Nie chcę sprawiać nikomu kłopotów ani smutków, ale jestem zmęczony dawaniem. - I tutaj był ten brzydki egoizm, którego się wstydził. - Brakuje mi już piór do rozdawania. Nie miałem czasu, żeby je zregenerować. - I brakowało mu już tego ciepła w sporej ilości przypadków w swoim głosie. Tej poezji, która przywoływałaby słońce. - Jest mi wstyd, że takie myśli mnie nawiedzają w tej słabości. - Przesunął palcami po jej dłoni, wpatrując się w ich ręce na tym blacie.