18.11.2023, 14:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2023, 14:29 przez Mavelle Bones.)
Obserwowała uważnie Erika, próbując wychwycić, czy to, co mówiła, do niego przemawia. Czy nabiera rozsądku, który to nagle utracił. Czy może go puścić i mieć pewność, że jednak nie wyleci przez furtkę, niczym wystrzelony z procy, nadal ględząc o dyniowej zupie (w sumie aż ciekawe, jaka by wyszła w wykonaniu Longbottoma… chociaż, z jego talentem, może lepiej najzwyczajniej w świecie nie przekonywać się o tym. Bezpieczniej i dla samej kuchni, i dla kubków smakowych, nie wspominając już o żołądku).
- Już dobrze? – spytała cicho, upewniając się, że kuzyn jednak nie poderwie się niczym rącza gazela i nie zniknie z pola widzenia, niczym sen złoty. Co zaraz straciło na znaczeniu, bo uderzyła ją woń dymu.
Co Heather przed chwilą mówiła?
Kogoś widziała? Ten ktoś niewątpliwie musiał widzieć i ich.
W oknach było ciemno, więc odruchowo wykluczyła normalne użytkowanie drewna (no co, może jakaś kuchnia starego typu i rozpalało się ogień, a nie korzystało z mugolskiej myśli technicznej i gazu); bo po co wtedy się tak ukrywać? No i dlaczego dopiero teraz, gdy stali praktycznie przed drzwiami domostwa?
Jakoś wątpiła, żeby nastawiano wodę na herbatę…
- Czuję ogień – rzuciła, puszczając Erika, żeby po prostu go wyminąć i wręcz podbiec do drzwi, wyciągając różdżkę. Nacisnęła na klamkę, chcąc sprawdzić, czy są zamknięte; cóż, nie otworzyły się. Nie bawiła się w ceregiele, tylko machnęła kijkiem, sięgając po alohomorę. Bo nie, nie wierzyła już, że ten dom jest bezpieczny. Że znajduje się tam brat Jasona i Catherine.
I pchnęła drzwi, próbując jednocześnie postawić tarczę rozpraszającą zaklęcia; wszak ciemno, lumos nie odpalała, bo prędzej oślepiłaby siebie niż wnętrze domu na tyle, żeby wychwycić każdy możliwy szczegół i namierzyć przy tym delikwenta… Gotowa była też uskoczyć do tyłu, gdyby zauważyła bardziej fizyczne zagrożenie, albo nawet rzucić się w głąb domostwa, z zamiarem metaforycznego przetrzepania tyłków, gdyby ujrzała śmiecia… cóż, tak naprawdę wszystko zależało od tego, co się stało w kilku kolejnych sekundach od naciśnięcia klamki.
- Już dobrze? – spytała cicho, upewniając się, że kuzyn jednak nie poderwie się niczym rącza gazela i nie zniknie z pola widzenia, niczym sen złoty. Co zaraz straciło na znaczeniu, bo uderzyła ją woń dymu.
Co Heather przed chwilą mówiła?
Kogoś widziała? Ten ktoś niewątpliwie musiał widzieć i ich.
W oknach było ciemno, więc odruchowo wykluczyła normalne użytkowanie drewna (no co, może jakaś kuchnia starego typu i rozpalało się ogień, a nie korzystało z mugolskiej myśli technicznej i gazu); bo po co wtedy się tak ukrywać? No i dlaczego dopiero teraz, gdy stali praktycznie przed drzwiami domostwa?
Jakoś wątpiła, żeby nastawiano wodę na herbatę…
- Czuję ogień – rzuciła, puszczając Erika, żeby po prostu go wyminąć i wręcz podbiec do drzwi, wyciągając różdżkę. Nacisnęła na klamkę, chcąc sprawdzić, czy są zamknięte; cóż, nie otworzyły się. Nie bawiła się w ceregiele, tylko machnęła kijkiem, sięgając po alohomorę. Bo nie, nie wierzyła już, że ten dom jest bezpieczny. Że znajduje się tam brat Jasona i Catherine.
I pchnęła drzwi, próbując jednocześnie postawić tarczę rozpraszającą zaklęcia; wszak ciemno, lumos nie odpalała, bo prędzej oślepiłaby siebie niż wnętrze domu na tyle, żeby wychwycić każdy możliwy szczegół i namierzyć przy tym delikwenta… Gotowa była też uskoczyć do tyłu, gdyby zauważyła bardziej fizyczne zagrożenie, albo nawet rzucić się w głąb domostwa, z zamiarem metaforycznego przetrzepania tyłków, gdyby ujrzała śmiecia… cóż, tak naprawdę wszystko zależało od tego, co się stało w kilku kolejnych sekundach od naciśnięcia klamki.
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana