Osjaniczny uśmiech schillerowskiej marzycielki wplątał się między nuty niemego zirytowania, które pętały dotychczasowo jej umysł. Już zbierając prace – te, którymi wyścielił się mżysty bruk londyński – coś w niej zakwitło niepokornie; jego palce wbijające się w miękką kibić, a jednak dostatecznie dalekie od czegokolwiek, co można uznać za niewłaściwe i niestosowne. Wyswobodziwszy się z jego ramion, pochyliła się nad jednym z płócien, palcem zgarniając deszczową łzę, która ułożyła się na zagruntowanym materiale – ślizgając się po nim, lecz nie wchłaniając się do wnętrza zionącego pustką bieli blejtramu. Ciężkie westchnięcie opuściło jej wargi spętane – zupełnie jakby znalazła się w nowym kuriozum, w nowym mikrokosmosie, który dyktował odmienne zasady gry.
– Och, dziękuję – zaświergotała pogodnie, wzrok lokując na powrót w szarości jego tęczówek, która mówiła więcej, niż padło werbalnie. – W sierpniu moja galeria świętuje rocznicę. Mam nadzieję oczywiście, że się pojawisz? – zabrzmiała pytaniem, które miało w sobie więcej kontrolnej retoryki, aniżeli faktycznego zapytania.
Poruszała się z pewną miękką gracją i uporem zarazem; jej kroki, liczone prędko, wzbijały w przestrzeń londyńską falę stukotu obcasów – jej markowy nieomal dźwięk. Bo wszak jaka rozsądna kobieta chodziła w tak bezpardonowo wysokich butach?; najpewniej żadna. Loretta z kolei, będąc mikrą i filigranową, musiała nadrabiać całokształt swojej niewinnej osoby w gargantuicznej osobowości.
– Dziękuję za pomoc – rzekła ponownie tego wieczoru, opierając obrazy o przeciwległą ścianę. – Ognista? A może masz ochotę na coś, hm – zawiesiła głos, mrużąc nieznacznie oczy – innego? – Nie musiała mówić wprost, aby wybrzmiała propozycja upudrowania noska jakimś śnieżnym, białym pyłem.
Loretta narkomanką nie była, aczkolwiek prawdopodobnie jak lwia część artystycznego półświatka, tych wszystkich kobiet we mgle, z głową wysoko ponad chmurami, posiadało w swoim zasięgu stymulanty. A Lestrange z kolei sięgała po nie, aby wprawić się w malunkowy trans, bądź, w zależności od towarzystwa, odrobinę się zabawić.
Ruszyła przed nim na tyły atelier, gdzie opadła zmęczona w miękkie ramiona fotelu, mężczyźnie pokazując przeciwległy – po chwili jednak zreflektowała się prędko i podeszła do niewielkiego barku, nalewając do kryształowej szklanki whisky i podając ją Rodolphusowi.