Coś pękło w niej nieodwołalnie, rzęsistymi łzami spływając po policzkach, szklistymi torami znacząc oblicze, puentowane tylko pociągnięciami nosem. Chwile zwątpienia i załamania nie zdarzały się jej często; ba, należały do chyżo ukoronowanych rzadkości, na które pozwolić sobie mogła tylko w obliczu jego, tylko, gdy inne oczy nie świdrowały jej niepokornie, a świat nie topił się w miałkości. Rozlało się między nimi coś, co od lat było tłamszone, a zawierało się w tym miękkim uścisku, przytuleniu prawdziwej żmii, przed którą drżały korytarze ministerialne. On jednak wiedział, że go nie ukąsi; że padnie w jego ramiona mimowolnie, odnajdując opokę wyłącznie w zapachu jego wody kolońskiej i trzydniowym zaroście drażniącym jej czoło, gdy opierał o nią podbródek.
Nie wiedziała ile spopielonych chwil minęło; ile słodko-gorzkich szeptów wieczności przesunęło się między nimi lekko, pozostawiając ich samych sobie, nad spokojną taflą jeziora, w którym mieniły się chmury i trącane wiatrem listowie – wpatrywali się tak w zacieniony horyzont, który zdawał się teraz być tak blisko, jak nieomal ich emocje dzielone na dwoje – uczucia, którym nie dawali upustu i które nie miały nazwy.
Były zbyt wiążące, zbyt zobowiązujące.
Zderzyli się z fasadą zbudowaną z własnych słów i zarówno tego, co niewypowiedziane. Gdzieś w głębi, na samym dnie, coś zadrżało niepokornie – niby chcąc się uwolnić. Ona jednak zdusiła to, tak jak dusiła przez ostatni czas. Na kanwie umysłu wciąż zapisany był moment, w którym pamiętnego wieczoru, który sprowadził ich do tańca na nagrobku, opadła w jego ramiona, potykając się o bruk. Zawarła się wówczas między nimi pewna obietnica, a ona sama, zbyt speszona, aby stanąć frontem do własnych uczuć, kazała mu nikomu o tym nie mówić.
Teraz jednak brała głęboki wdech, opierając się o jego bark.
Skinęła głową na jego słowa i podniósłszy się z molo, ruszyła wraz z Yaxley’em w kierunku rezydencji. Myślami targały nieprzebrnięte huragany, które niweczyły wszystko, także tę nieprzystępną fortecę, z której ułożyła swoje całe życie. Nagle wszystko się waliło, pozostawiając po sobie pobojowisko, a ją – nagą.
– Tak, chodźmy – rzekła na propozycję – musiał jednak dostrzec, iż coś uderzyło ją z dziwnie silną mocą; codzienna Lycoris zapewne rzuciłaby jakąś kąśliwą uwagę, ona jednak – przerażona nie na żarty – szła obok niego, milcząca.