Wojna przynosiła ze sobą ofiary, których nie chciałeś oglądać. Ci, którzy brali w niej udział, rycerze na białych koniach, żołnierze z przypadku, wiedzieli, na co się piszą. Podpis na cyrografie szastającym ich życiem był nieczytelny, ale już treść samego cyrografu wyraźnie mówiła ci: chyba umrzesz. Umrzesz, albo czeka cię los jeszcze gorszy, bo Cain naoglądał się już wystarczającej ilości przerażających, dewastujących obrazów, żeby wiedzieć - śmierć wcale nie była najgorsza. To mógł być największy dar, skarb, jaki nosiliśmy, jakim zostaliśmy obdarowani, ale większą klątwą niż jego utratą było sponiewierane go z krwią, gównem i błotem. Tak, jak ktoś zdewastował tę bogom winną kobietę. A może jednak winną? Może zaciągnęła długi wśród bożków, których nie rozumiała, z siłami, które przeceniała? Łatwo odwrócić wzrok od Nieba i zacząć modlić się do ciemności, która była namacalną siłą stawiającą włoski na karku. To ona, nie chóry anielskie, odwiedzały każdej nocy i z dziecięcymi lękami wlewała się do głowy, opierając iluzoryczne palce na skórze. Znacząc ją swoim głodem na więcej.
Kobieta mieszkała tutaj sama z synem. Albo mieszkała tutaj sama z synem od niedawna, tych (niestety) kilku, kilkunastu dni, albo od dawna. Wierność małżeńska nie była w modzie w dzisiejszych czasach. A może nie była nigdy. Dzieckiem zajmie się potem, bo wymagało uwagi, ale najpierw musiał zatroszczyć się o jedyną osobę, która mogła o niego zadbać, kiedy tego, kto wykonał swoją robotę, oddał nasienie, a potem wyszedł po mleko z myślą o robieniu chyba wieloletniego stażu w dojarni, nie było. Starał się odsunąć tą oskarżającą konkluzję, bo przecież dróg zawsze było wiele i nie zawsze ludzie zaskakiwali go w ten najgorszy sposób. Niestety jednak częściej (zdecydowanie częściej) w ten negatywny.
Krótkie rozglądnięcie się po kuchni - ale to tyle, ile uwagi poświęcił temu miejscu. Ponieważ bezimienna kobieta wymagała jej pełnej. Jej umysł był delikatny i jednocześnie ciężki. Spodziewał się dokładnie tego - obecności Śmierciożercy, który przyniesie ze sobą krzywdę i ból, którą przyjdzie mu przeżywać razem z nią. Był na to gotów za każdym razem i jednocześnie za każdym razem było to nieprzyjemne - na wiele różnych sposobów. Brakowało ujednolicenia, który mógłby zamienić wszystko w jedną, plastelinową maź bez wyrazu i bez koloru, a jednak Cain i tak uparcie zrównywał to do monotonnej rutyny. Jakby nie było wystarczających tragedii w ludzkich głowach, które byłyby w stanie go złamać.
W tych wspomnieniach i tych myślach, które starannie rozwiewał magią, starał się dojrzeć dzień. Kiedy. Kiedy Catherine pojawiła się u Jasona. Kiedy ostatnio widziała sama Jasona, obserwując ten dom. Czy była wiedźmą, czy rzeczywiście ledwo prostą mugolką, która trafiła na bardzo nieodpowiednich ludzi? I najważniejsze - czy sowa została już puszczona, chociaż spodziewał się odpowiedzi w tych wspomnieniach, jakie starał się odtwarzać po kolei. Wynurzył się z jej głowy legilimencją, ale czuł ją nadal w pełni świadomie. Wahadełko ciągle pracowało. Bo on chciał nad nią popracować. Tylko czy powinien to robić teraz, kiedy towarzysze na niego czekali? Bo tak mu się wydawało - że jednak czekali, nieświadom tego, że ci już poszli na swoją misję. Pomyśleć, że w zasadzie przypominali tutaj bardziej bandę dzieci próbującą się dostać do nawiedzonego domu, po którym pałętał się sławetny morderca wraz z duchem swojej małżonki. Chyba każda banda trafiła chociaż raz na taki budynek. Nigdy nawiedzony nie był, a jedynym mordercą był ten Zdzisiek spod monopolowego, który mordował tylko samego siebie. Jedno się zgadzał - był sławny. Znał go każdy w okolicy, bo każdy nienawidził go tak samo.
Wstał, żeby wychylić się z okna i spojrzeć na ulicę, gdzie powinny być znajome cienie. Cienie, których tam nie było. Brak odgłosów walki czy szamotaniny na zewnątrz sprawił, że jakoś nie martwił się, że coś wybuchło, albo tą trójkę wariatów (zwanych w gatunku lirycznym jakim jest epika bohaterami) szlak wzięło (licho jakieś czy inny Śmierciożerca). Bardzo wątpił, żeby go potrzebowali. Trójka czarodziei to i tak aż nadto, żeby sobie radzić z zagrożeniem. Wrócił do stołu, usiadł znowu na swoim miejscu, przed kobietą, by pchnąć ją w głębszą hipnozę. Żeby odkryć to, co było takie zepsute, zniszczone - i to zreperować. Albo przynajmniej wygładzić skutki zaklęć, jakim została poddana.
- Jesteś dobrą matką. Musisz sobie z tym poradzić, jeśli nie dla siebie to dla twojego dziecka. - Chciał ją zmotywować, żeby wróciła jej siła, bo mógł sprawić, że zapomni o tym, co się działo, ale serce przez to wcale do niej nie wróci. Nie zacznie na nowo bić mocniej. - Liczy na ciebie. Jeśli ty się nim nie zajmiesz to kto? To bezwarunkowa miłość. Złap się jej. - Jeśli istniało na świecie coś potężniejszego od rodzicielskiej miłości to Cain tego nie znalazł w ludziach. A wiele szukał. Niestety tego również nie zaznał.