19.11.2023, 14:55 ✶
Flynn spojrzał na niego dziwacznie, zupełnie inaczej niż wcześniej. Uniósł do góry jedną z brwi, a później odkleił się od niego delikatnie po to, żeby złapać go rękoma za twarz i pocałować w policzek.
- Cain, powiedziałeś właśnie, że to nie przywiązanie do mnie jest żałosne, a później opisałeś przywiązanie do mnie i określiłeś je żałosnym. - I po powiedzeniu tego pocałował go jeszcze raz. Uganianie się za kimś, kto go porzucił, to przecież było dosłownie uganianie się za nim. Mógł oczywiście czegoś w ich relacji nie zrozumieć, ale coś mu mówiło, że jednak odczytał ją poprawnie... - Ale to nie jest żałosne, to jest normalne. Dbanie o ludzi, na których ci zależy. Po prostu każdy robi to na swój sposób. - Albo po prostu oboje byli żałośni, a dwa minusy dawały plus. Przecież Flynn wcale od niego dużo lepszy nie był, może ciężko mu było do kogoś faktycznie wrócić, ale wciąż bardzo mocno takie rozstania przeżywał - nikt zdrowy by się przecież nie użalał nad kompletną psychopatką.
Jedna z dłoni opadła w dół, żeby się mógł na powrót o niego oprzeć, druga już w tym miejscu została, przesunęła się tylko na bok, żeby mógł jeździć mu palcami za uchem i po żuchwie. Ta teatralna mimika sprzed chwili ustąpiła znów spokojowi, ale wpatrywał się w niego teraz nieustannie, z głową wtuloną w jego ramię. Chyba powoli to do niego docierało, kiedy jeździł wzrokiem po tej ślicznej buzi i zdał sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy, nawet oczywistych dla innych, dla Flynna były kompletną zagadką. Jaki Cain miał kolor włosów? Były ciemne, ale czy czarne, takie jak jego, czy brązowe, jakkolwiek wyglądał brązowy? A oczy? Nie miał pojęcia, mógł tylko założyć coś i być może wierzyć w coś, czego nie ma. To właśnie robił Cainowi od lat.
- Mhm.
Coś jednak o nim wiedział. Wiedział o jego bliznach, wiedział też pewnie o tym, że wiele z nich zadał sobie sam. Bell zdał sobie sprawę z tego, że było to dla niego trochę krępujące - bo kiedy się wiedziało, że na wskutek doświadczeń ranił sam siebie, to tych pięćdziesiąt warstw ironii, te wszystkie żarty rzucane, żeby zamaskować wewnętrzny ból - jakie to miało znaczenie? Człowiek się na powrót stawał tym małym dzieckiem, które bardzo potrzebowało być kochane i bezpieczne, ale rzeczywistość zawodziła je na każdym możliwym kroku. Ten przyjemny ból, jaki od dawna wymierzali swoje z pasją, nabierał przy tym innego wydźwięku, a on nie chciał słyszeć, że powinien przestać - nigdy nie przestanie, lubił kiedy to nad nim wisiało i mieć nad tym pełną kontrolę.
- Wydaje mi się, że gdybyśmy sobie zupełnie nie ufali, to albo ja siedziałbym teraz w Azkabanie, albo ty byś gryzł piach. - Mógł sobie wmawiać, że to nie wymagało zaufania, wystarczyła mu do tego miłość, ale to też nie była prawda - temu uczuciu bardzo, ale to bardzo blisko było do nienawiści. Nie wystarczyło kogoś kochać. - Powiedziałem ci tamte rzeczy, bo spanikowałem, a ten saprofit mnie strasznie wkurwił. Naprawdę pobił mnie bez żadnego powodu, nie przestawał walić we mnie pięściami nawet kiedy mu powiedziałem, że się zwyczajnie pomylił. - Mówił to bardzo cicho, wracając tonem do momentu leżenia razem naprzeciw siebie na trawie. To był ten ton, którym lubił szeptać komuś na ucho rzeczy i faktycznie chociaż trochę się przy tym otwierał, bo mu to przypominało czasy, kiedy mógł szeptać Alexandrowi rzeczy na ucho, a on powtarzał to głośniej. - Ale teraz już wiem, skąd go znasz. Z Biura Aurorów. - Czy plotkowali o tym w Biurze? Pojawiła się w nim jakaś niepewność, ale została szybko wyparta przez zmartwienie. Bo do niego dotarło, że odkąd zniknął z Londynu, zmieniło się tam wiele. Odciął się od tego na tyle jak się dało, ale wiedział przecież, że tam panuje wojna. - Kurwa, zawsze myślałem, że jesteś detektywem w tej magicznej policji. Jakbym wiedział, że się zajmujesz łapaniem czarnoksiężników, to bym ci dał za nic namiary na typa, który mnie notorycznie wyzywał od szlam i pedałów, chociaż beze mnie w pięć minut zgubiłby się w katakumbach. - Próbował być dowcipny, ale nie przyszło mu to tak naturalnie jak zawsze. - Cain, czy ciebie wysyłają w takie miejsca jak Beltane?
- Cain, powiedziałeś właśnie, że to nie przywiązanie do mnie jest żałosne, a później opisałeś przywiązanie do mnie i określiłeś je żałosnym. - I po powiedzeniu tego pocałował go jeszcze raz. Uganianie się za kimś, kto go porzucił, to przecież było dosłownie uganianie się za nim. Mógł oczywiście czegoś w ich relacji nie zrozumieć, ale coś mu mówiło, że jednak odczytał ją poprawnie... - Ale to nie jest żałosne, to jest normalne. Dbanie o ludzi, na których ci zależy. Po prostu każdy robi to na swój sposób. - Albo po prostu oboje byli żałośni, a dwa minusy dawały plus. Przecież Flynn wcale od niego dużo lepszy nie był, może ciężko mu było do kogoś faktycznie wrócić, ale wciąż bardzo mocno takie rozstania przeżywał - nikt zdrowy by się przecież nie użalał nad kompletną psychopatką.
Jedna z dłoni opadła w dół, żeby się mógł na powrót o niego oprzeć, druga już w tym miejscu została, przesunęła się tylko na bok, żeby mógł jeździć mu palcami za uchem i po żuchwie. Ta teatralna mimika sprzed chwili ustąpiła znów spokojowi, ale wpatrywał się w niego teraz nieustannie, z głową wtuloną w jego ramię. Chyba powoli to do niego docierało, kiedy jeździł wzrokiem po tej ślicznej buzi i zdał sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy, nawet oczywistych dla innych, dla Flynna były kompletną zagadką. Jaki Cain miał kolor włosów? Były ciemne, ale czy czarne, takie jak jego, czy brązowe, jakkolwiek wyglądał brązowy? A oczy? Nie miał pojęcia, mógł tylko założyć coś i być może wierzyć w coś, czego nie ma. To właśnie robił Cainowi od lat.
- Mhm.
Coś jednak o nim wiedział. Wiedział o jego bliznach, wiedział też pewnie o tym, że wiele z nich zadał sobie sam. Bell zdał sobie sprawę z tego, że było to dla niego trochę krępujące - bo kiedy się wiedziało, że na wskutek doświadczeń ranił sam siebie, to tych pięćdziesiąt warstw ironii, te wszystkie żarty rzucane, żeby zamaskować wewnętrzny ból - jakie to miało znaczenie? Człowiek się na powrót stawał tym małym dzieckiem, które bardzo potrzebowało być kochane i bezpieczne, ale rzeczywistość zawodziła je na każdym możliwym kroku. Ten przyjemny ból, jaki od dawna wymierzali swoje z pasją, nabierał przy tym innego wydźwięku, a on nie chciał słyszeć, że powinien przestać - nigdy nie przestanie, lubił kiedy to nad nim wisiało i mieć nad tym pełną kontrolę.
- Wydaje mi się, że gdybyśmy sobie zupełnie nie ufali, to albo ja siedziałbym teraz w Azkabanie, albo ty byś gryzł piach. - Mógł sobie wmawiać, że to nie wymagało zaufania, wystarczyła mu do tego miłość, ale to też nie była prawda - temu uczuciu bardzo, ale to bardzo blisko było do nienawiści. Nie wystarczyło kogoś kochać. - Powiedziałem ci tamte rzeczy, bo spanikowałem, a ten saprofit mnie strasznie wkurwił. Naprawdę pobił mnie bez żadnego powodu, nie przestawał walić we mnie pięściami nawet kiedy mu powiedziałem, że się zwyczajnie pomylił. - Mówił to bardzo cicho, wracając tonem do momentu leżenia razem naprzeciw siebie na trawie. To był ten ton, którym lubił szeptać komuś na ucho rzeczy i faktycznie chociaż trochę się przy tym otwierał, bo mu to przypominało czasy, kiedy mógł szeptać Alexandrowi rzeczy na ucho, a on powtarzał to głośniej. - Ale teraz już wiem, skąd go znasz. Z Biura Aurorów. - Czy plotkowali o tym w Biurze? Pojawiła się w nim jakaś niepewność, ale została szybko wyparta przez zmartwienie. Bo do niego dotarło, że odkąd zniknął z Londynu, zmieniło się tam wiele. Odciął się od tego na tyle jak się dało, ale wiedział przecież, że tam panuje wojna. - Kurwa, zawsze myślałem, że jesteś detektywem w tej magicznej policji. Jakbym wiedział, że się zajmujesz łapaniem czarnoksiężników, to bym ci dał za nic namiary na typa, który mnie notorycznie wyzywał od szlam i pedałów, chociaż beze mnie w pięć minut zgubiłby się w katakumbach. - Próbował być dowcipny, ale nie przyszło mu to tak naturalnie jak zawsze. - Cain, czy ciebie wysyłają w takie miejsca jak Beltane?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.