Chłopaczyna, do którego dobiegła Menodora wydawał się być bardziej rozbawiony zaistniałą sytuacją, niż przerażony - nic mu raczej nie było, przynajmniej na pierwszy rzut oka, no może oprócz przekrzywionych okularów, ale je sobie poprawił, więc wszystko już było dawno i nieprawda.
- Nieee, no coś ty, jakby mnie miało pokonać coś takiego, to nigdy byśmy nie zdobyli tego pucharu Quidditcha - odpowiedział głupkowato, śmiejąc się lekko z jej troski, ale nie z taką drwiną, tylko po prostu ze speszeniem. Co ona była jego mamą czy coooo? Ale nie powiedział jej nic niemiłego i się do tego jak taki typowy nastolatek zaczerwienił, jak to dziecię stojące na kartonie na straganie, kiedy mama każe ci przymierzać którąś z kolei kurtkę.
A poza tym...
- FRANK, SŁYSZAŁEM TO, MOGŁEM TAM ZGINĄĆ - krzyknął do niego, a potem od razu odwrócił się do Menodory i Otto - nie mogłem, ale chciałem mu to powiedzieć, żeby się potem zastanawiał. - Abbotta to najwyraźniej nie obchodziło, bo sobie poszedł bardzo szybko, Menodorę chyba bardziej, więc nie poszedł od razu do Alice, chociaż ta go wołała - tylko pomachał do niej ręką. Siłą rzeczy nie miał okazji ani dowiedzieć się, o co chodziło, po co był tu potrzebny. Dotarło do niego jedynie: „Frank potrzebuje pomocy do przekopania ogrodu”, ale to przecież Crawley zebrała ich wszystkich w kółko (widział to z góry bardzo dobrze) i wydawała im jakieś polecenia. - Nie chcę was rozczarować, ale ja nigdy nie trzymałem w rękach łopaty. - Było to po nim wyraźnie widać, ubrał się tak, jak bogaty człowiek wyobrażał sobie kogoś pracującego w polu, a nie ktoś, kto faktycznie w nim pracował. Był przecież rozpieszczonym dzieciakiem mającym odziedziczyć niemałą fortunę, a nie sadownikiem...
- Nieee, no coś ty, jakby mnie miało pokonać coś takiego, to nigdy byśmy nie zdobyli tego pucharu Quidditcha - odpowiedział głupkowato, śmiejąc się lekko z jej troski, ale nie z taką drwiną, tylko po prostu ze speszeniem. Co ona była jego mamą czy coooo? Ale nie powiedział jej nic niemiłego i się do tego jak taki typowy nastolatek zaczerwienił, jak to dziecię stojące na kartonie na straganie, kiedy mama każe ci przymierzać którąś z kolei kurtkę.
A poza tym...
- FRANK, SŁYSZAŁEM TO, MOGŁEM TAM ZGINĄĆ - krzyknął do niego, a potem od razu odwrócił się do Menodory i Otto - nie mogłem, ale chciałem mu to powiedzieć, żeby się potem zastanawiał. - Abbotta to najwyraźniej nie obchodziło, bo sobie poszedł bardzo szybko, Menodorę chyba bardziej, więc nie poszedł od razu do Alice, chociaż ta go wołała - tylko pomachał do niej ręką. Siłą rzeczy nie miał okazji ani dowiedzieć się, o co chodziło, po co był tu potrzebny. Dotarło do niego jedynie: „Frank potrzebuje pomocy do przekopania ogrodu”, ale to przecież Crawley zebrała ich wszystkich w kółko (widział to z góry bardzo dobrze) i wydawała im jakieś polecenia. - Nie chcę was rozczarować, ale ja nigdy nie trzymałem w rękach łopaty. - Było to po nim wyraźnie widać, ubrał się tak, jak bogaty człowiek wyobrażał sobie kogoś pracującego w polu, a nie ktoś, kto faktycznie w nim pracował. Był przecież rozpieszczonym dzieciakiem mającym odziedziczyć niemałą fortunę, a nie sadownikiem...