Najpewniej nawet ujrzenie barchanowego rumieńca, który położył się miękko pędzlem na obliczu Loretty, nie zmieniłoby ani o jotę jego zachowania – w zasadzie uważała to za czarujący fenomen, który trzymał jej niespokojne, niepokorne serce przyklejone do niego miękko i lepko, jak rozlany późnoletni sok. Trwała w tym przeklętym preludium gorliwej miłości od lat dziecięcych, w których jego sylweta stawała się w osjaniczny sposób odległa, będąc bliską zarazem. Te parę lat dzielących ich przestrzenią, budujących fasadę, nigdy nie stanowiło dlań problemu; znali się przecież jak własną kieszeń, a sam Logan czytał z niej jak z przysłowiowej otwartej księgi. Nie miała przed nim tajemnic, a wszystkie znamiona, które nosiło jej prędko bijące serce, istniały dla niego niejako pod znakiem oczywistości. Bo przecież łączyła ich drobna szczypta dzieciństwa dzielonego na dwoje, które nie urwało się wraz z opuszczeniem murów hogwardzkich, rozciągając paletą na dorosłe życie – a przecież nigdy tego nie planowali; nigdy nie zmuszali.
Elegancja i blichtr sukien przebieranych przez kobiety o łabędzicy szyjach, na których zgięciach mościł się zapach perfum, starannie ułożonych włosach i kurtuazji sączącej się chętnie z ust wyraźnie nie przypadały do jego wyśrubowanego gustu. Ona była jednak przecież inna od salonowych saren, które trzepotem welonu rzęs wabiły ofiary; była nieludzko wręcz rzeczywista w całej swojej onirycznej osobowości; każdy spośród błyśnięcia odrobinę nierównych zębów stawał pod znakiem niezawoalowanej szczerości. Była namacalna; była dla niego.
Przerwane zdanie zaciążyło na letniej, skwarnej nocy, dźwiękiem rozbijając się o niebyt. Alkohol coraz prędzej ujmował umysł, choć minęło klikadziesiąt spopielonych minut od czasu, w którym sięgała po kieliszek szampana – ten jednak dawał o sobie znać coraz chyżej, szumiąc w umyśle i czyniąc go niepoukładanie – nie wiedziała jednak, czy to owinięcie dłońmi jego sylwetki, gdy zachwiała się na obcasach uczyniło w jej głowie nieprzytomnie, czy wciąż była to gestia ogromnego skwaru i odpowiednio doprawionych procentami trunków.
Nazwisko Leach odbiło się o meandry uliczek echem, a na samo jego brzmienie Loretta poczuła odurzające wręcz mdłości – brudna szlama, w jej mniemaniu, nie powinna mieć żadnych praw, nawet tych fundamentalnych, do życia; Leach tymczasem piastował stołek ministra i na rozciągłości lat nie mogła uwierzyć w tak karczemne, obrzydliwe nieporozumienie.
Musiał po niej zauważyć zmianę. Z rozanielenia artystki, wyraz jej twarzy prędko zmienił się w chłód królowej śniegu; tęczówki stały się mętne, a w wyrazie twarzy budowała się niezawoalowana agresja. Niezwykle rzadko zwierzę łaknące krwi i bólu opuszczało klatkę piersiową, spętane w okowy pozornego, acz bardzo wiarygodnego nieistnienia. On znał ten wyraz twarzy; zawierał w sobie coś z ognia tancerki i wyrachowania godnego najdalej posuniętych bywalców Nokturnu; słotę letnią i niebotyczny wręcz chłód zimowych przymrozków. Stawała się bestią; stawała się potworem.
Procenty szumiały w głowie, jednak na zewnątrz można było zderzyć się jedynie z absolutnym, stoickim spokojem. Zamilkła, przerzucając wzrok na Logana – coś w niej nieodzownie budziło atawistyczny lęk.
Rozluźnione wargi prędko rozmyły się w podszyty szyderą uśmiech, który surrealistycznie wpisywał się w okropieństwa, do których teraz była przecież zdolna bez mrugnięcia jednym okiem.
– Zgadza się, chętnie posłucham wykładu na temat tego, dlaczego obrzydliwa szlama, miałaby pełnić zaszczytną funkcję ministra. Och, a może trafiliśmy na jemu podobny, ohydny wybryk natury? – syknęła. – Niech się przyjrzę…
Zbliżyła twarz nienaturalnie blisko do mężczyzny, a w jej oczach tańczyło szaleństwo, roziskrzone spojrzenie nie posiadało znamion naturalnej sobie pogody ducha ani niepewności, tak typowej dla rozmytej w przestrzeni marzycielki. Słowa Logana sprawiły, że klasnęła w dłonie.
– Kabaret, mówisz? – zabrzmiała retoryką.
Naturalnie, pięści jej nie świerzbiły, była wszak drobną kobietą, a i swojej siły nie oceniała nader wysoko. Posmakowanie lejącej się posoki, postanowiła pozostawić Borginowi. Uniosła jednak spokojnie dłonie, aby po chwili gwałtownie szarpnąć za fraki mężczyznę, zmuszając do zniżenia się na wysokość jej kąsanej wyraźnie namalowanym okrucieństwem twarzy.
– Słuchaj, psie – zaczęła dobitnie, a kąciki ust poszybowały ku górze w akcie nieopanowanej ekstazy. – Nie wiem jakim cudem sprowadzono cię na świat, ale gwiazdy mi szeptają, że musisz być w jakiś sposób solidnie upośledzony. Splunęłabym na ciebie, ale naprawdę żal mi śliny na tak paskudnego szlamojebcę – rzekła twardo, a jej głos nie zachwiał się ani o jotę. Ujęła z obrzydzeniem malującym się na obliczu jego twarz. – Myślę, że bardzo ciężko będzie ukarać cię należycie, ponieważ mało co jest w stanie pogorszyć to, co widzę. Chcę jednak, abyś zapamiętał sobie kurewsko mocno, jak to jest poczuć najbardziej wyrachowany ból.
– Zacznijmy grę, mój miły – skierowała się do Logana, a jej oblicze rozciągnął okrutnie parszywy uśmiech.