15.11.2022, 23:49 ✶
Podpis złożony rozedrganą dłonią nosił ślady niechlujstwa; pozostawiał za sobą atramentową plamę podobną arabesce, nawet całkiem urokliwą, jeżeli spojrzeć nań obiektywnie, lecz dla Leandra była ona jedynie smolistą skazą na pergaminie. Zwinął pisany list w kulkę, którą następnie z beznamiętnym wyrazem twarzy rzucił w popiół wygaszonego kominka, wzbijając jego szare drobinki w powietrze, po czym wrócił do pisania od nowa. Tym razem robił to bez zbędnej zwłoki, będącej powodem wszelkich niedociągności; zależało mu na tym, aby list był doskonały w każdym calu, słowie, śmiałych pociągnięciach pióra. Nie mógł pozwolić sobie na imperfekcję w żadnej kwestii, nawet tak prozaicznej jak ckliwa wiadomość do dawnego znajomego.
Ledwie zaadresował kopertę, a pierwsze krople wiosennego deszczu zastukały o szybę. Z cichym westchnieniem przeniósł wzrok na sowę, która z zaciekawieniem przycupnęła na szczycie otwartej klatki.
— Wygląda na to, że masz dziś wolne, przyjacielu — rzucił z niepodobną do siebie czułością, opuszkiem palca gładząc bure pióra, a następnie zdjął z oparcia krzesła marynarkę, którą narzucił na ramiona. Początek wiosny przyniósł ze sobą cieplejsze temperatury, jednakże kamienica, w której znajdowało się mieszkanie Leandra, pogrążona była w chłodzie; zupełnie tak, jakby ściany wciąż pamiętały minioną zimę i nie chciały pogodzić się z nieustanną zmianą 9pór roku. Ujął w kościste palce mahoniową różdżkę i rzucił zaklęcie, sprawiając, że drewno w kominku oraz nieszczęsny list spoczywający obok wnet zajęły się ogniem. Ukontentowany swym małym sukcesem sięgnął po karafkę wypełniona złocista szkocka whisky, po czym zasiadł w fotelu, pragnąc rozkoszować się błogim - i przede wszystkim zasłużonym - lenistwem.
Nie trwało to jednak długo; pukanie do drzwi prędko przerwało popołudniową chwilę dla siebie. Rozchylił wargi w atawistycznym odruchu, chcąc oddelegować skrzata do przywitania niezapowiedzianego gościa, jednakże w porę oprzytomniał - stworzenie to wciąż przebywało na usługach w posiadłości rodzinnej Yaxleyów, zjawiało się w Londynie dwa do trzech razy w tygodniu na kilka godzin, żeby pościerać kurze i wyprać niedbale rozrzucone po mieszkaniu koszule. Był sam; nawet sowa zamknęła złocistobrązowe ślepia, pogrążona w letargu.
Niechętnie podźwignął się z fotela, który nagle wydał mu się niezwykle miękkim, skórzaną bestią chwytającą jego ciało w bezkształtne łapska. Wygrał jednak tę nierówną walkę i celebrując swe małe zwycięstwo podążył w stronę drzwi wejściowych (chwała wysokim sufitom, dzięki którym nie musiał martwić się, że zawadzi głową o kryształowy żyrandol).
— Loretto — wpuścił kobietę do środka i pochylił się nad jej drobną sylwetką, pozwalając odbić na swym gładkim policzku ślad krwistej szminki — Czym zawdzięczam Ci tę miłą niespodziankę?
W rzeczy samej, obecność przyjaciółki była miłym urozmaiceniem wiosennego popołudnia; zapach jej perfum w połączeniu z alkoholem krążącym w żyłach Leandra sprawiał, że uginały się pod nim nogi. Zaciągnął pannę Lestrange do salonu, gdzie stał gramofon. Zamiast jednak nastawić jego igłę na płycie winylowej i zatańczyć z Lorettą, zajął się nieśpiesznym rozpinaniem jej płaszcza.
— Później — wymamrotał, gdy wierzchnie opadło na dywan. Ujął jej wilgotną od deszczu twarz w swe duże ciepłe dłonie i złożył na jej ustach delikatny pocałunek, niezrażony tym, że rozmazuje jej szminkę.
Nie wiedział przecież, że jest na niego wściekła.
Ledwie zaadresował kopertę, a pierwsze krople wiosennego deszczu zastukały o szybę. Z cichym westchnieniem przeniósł wzrok na sowę, która z zaciekawieniem przycupnęła na szczycie otwartej klatki.
— Wygląda na to, że masz dziś wolne, przyjacielu — rzucił z niepodobną do siebie czułością, opuszkiem palca gładząc bure pióra, a następnie zdjął z oparcia krzesła marynarkę, którą narzucił na ramiona. Początek wiosny przyniósł ze sobą cieplejsze temperatury, jednakże kamienica, w której znajdowało się mieszkanie Leandra, pogrążona była w chłodzie; zupełnie tak, jakby ściany wciąż pamiętały minioną zimę i nie chciały pogodzić się z nieustanną zmianą 9pór roku. Ujął w kościste palce mahoniową różdżkę i rzucił zaklęcie, sprawiając, że drewno w kominku oraz nieszczęsny list spoczywający obok wnet zajęły się ogniem. Ukontentowany swym małym sukcesem sięgnął po karafkę wypełniona złocista szkocka whisky, po czym zasiadł w fotelu, pragnąc rozkoszować się błogim - i przede wszystkim zasłużonym - lenistwem.
Nie trwało to jednak długo; pukanie do drzwi prędko przerwało popołudniową chwilę dla siebie. Rozchylił wargi w atawistycznym odruchu, chcąc oddelegować skrzata do przywitania niezapowiedzianego gościa, jednakże w porę oprzytomniał - stworzenie to wciąż przebywało na usługach w posiadłości rodzinnej Yaxleyów, zjawiało się w Londynie dwa do trzech razy w tygodniu na kilka godzin, żeby pościerać kurze i wyprać niedbale rozrzucone po mieszkaniu koszule. Był sam; nawet sowa zamknęła złocistobrązowe ślepia, pogrążona w letargu.
Niechętnie podźwignął się z fotela, który nagle wydał mu się niezwykle miękkim, skórzaną bestią chwytającą jego ciało w bezkształtne łapska. Wygrał jednak tę nierówną walkę i celebrując swe małe zwycięstwo podążył w stronę drzwi wejściowych (chwała wysokim sufitom, dzięki którym nie musiał martwić się, że zawadzi głową o kryształowy żyrandol).
— Loretto — wpuścił kobietę do środka i pochylił się nad jej drobną sylwetką, pozwalając odbić na swym gładkim policzku ślad krwistej szminki — Czym zawdzięczam Ci tę miłą niespodziankę?
W rzeczy samej, obecność przyjaciółki była miłym urozmaiceniem wiosennego popołudnia; zapach jej perfum w połączeniu z alkoholem krążącym w żyłach Leandra sprawiał, że uginały się pod nim nogi. Zaciągnął pannę Lestrange do salonu, gdzie stał gramofon. Zamiast jednak nastawić jego igłę na płycie winylowej i zatańczyć z Lorettą, zajął się nieśpiesznym rozpinaniem jej płaszcza.
— Później — wymamrotał, gdy wierzchnie opadło na dywan. Ujął jej wilgotną od deszczu twarz w swe duże ciepłe dłonie i złożył na jej ustach delikatny pocałunek, niezrażony tym, że rozmazuje jej szminkę.
Nie wiedział przecież, że jest na niego wściekła.