20.11.2023, 03:04 ✶
W jednym z wywiadów powiedział, że jest szczęśliwy, ponieważ nie jest więźniem narzuconych sobie zasad. Nie było to prawdą, lecz młoda dziennikarka nie usłyszała ani drżenia jego głosu, ani nie zauważyła matowienia jego oczu — tak oczywistych symptomów kłamstwa, gdy mówił o rzeczach ważnych dla niego. Istniała bowiem jedna reguła, której trzymał się tak kurczowo, jak tonący trzyma się deski, która pozwala utrzymać mu się na powierzchni.
Nie zniszczy życia Garrickowi Ollivanderowi.
Postanowił to w chwili, w której dowiedział się o istnieniu jego żony i dzieci. W wielu kwestiach był niesłowny, wielu ludzi zawiódł i zostawił za sobą dziesiątki spalonych mostów (wbrew pozorom ogień je trawiący nie oświetlił mu dalszej drogi), ale tę jedną jedyną rzecz doprowadził do końca. Udawał więc, że nie zauważa tego, jak różdżkarz wstrzymuje oddech na jego widok, że nie widzi jak długo mu się przygląda, a jego oczy wypełnia blask. Było to w pewien sposób okrutne, lecz Laurence był przekonany, że dzięki trzymaniu Garricka na dystans, ochroni go przed czymś, czego będzie później żałował. A przecież tak bardzo mu na nim zależało.
Ale Selwyn bywał też zachłanny.
Natychmiast pożałował swej butności, nakazującej mu udać się z zepsutą różdżką prosto do Ollivandera. Nie miał prawa wtrącać się w jego życie, wdzierać się w nie z gwałtownością równej tej, z którą się od niego odciął. Zniknął z dnia na dzień, pozostawiając po sobie jedynie zapomniany parasol w przedpokoju i bilety na sztukę, na którą ostatecznie się nie wybrali przez jego nagły wyjazd. Czy zabrał kogoś innego? Swoją córkę? A może...? Oczywiście, powinien wziąć pod uwagę taki scenariusz. Garrick nie miał obowiązku na niego czekać, zwłaszcza, że Laurence nie dał mu najmniejszego choćby znaku, że chciałby, aby na niego poczekał.
Zawsze był odrobinę dramatyczny. Trudno było mu takim nie być, gdy całe jego życie przypominało tragikomedię zamkniętą w trzech aktach. Właśnie otwierał się przed nim ostatni.
Przełknął nerwowo ślinę. Czy zaraz za plecami różdżkarza nie wyrośnie męska sylwetka, czyjaś dłoń nie zaciśnie się kojąco na jego ramieniu, a spojrzenie Selwyna spotka się z wrogością w cudzych oczach? A jeśli będzie to kobieta? To jawiło mu się jako coś znacznie gorszego - oznaczało bowiem, że przez wszystkie lata tęsknił za kimś, kto był dla niego całkowicie niedostępny. Że plotki (życzliwi ludzie są w stanie donieść wszystko) okazały się jedynie złośliwymi pomówieniami, a on tylko się ośmieszył, marząc o jego uśmiechu podczas samotnych nocy, gdy wpatrywał się w zacieki na suficie nowojorskiego mieszkania.
Za co? Poruszył się niespokojnie. Nie był gotowy na to pytanie; nie był gotów na rachunek sumienia i rozliczenie z przeszłością. Za wszystko, co zrobiłem i czego nie miałem odwagi zrobić, chciał odpowiedzieć, jednak Garrick, jak gdyby wiedział (on zawsze wiedział, zdawał się czytać z niego jak z otwartej księgi), natychmiast siuę wycofał, a ciało Selwyna natychmiast się rozluźniło.
— Z przyjemnością, oczywiście jeśli to nie jest dla ciebie żaden problem — odparł już nieco pewniej, ze słabym uśmiechem majaczącym na jego wargach. Ollivander był tuż obok; zdawało mu się, że czuje ciepło bijące od jego ciała, gdy wymijał go, aby zamknąć sklep, że znów czuje jego zapach, że znów pocą mu się dłonie i drżą palce, gdy myśli o tym, by znów go dotknąć, by poczuć jego miękką skórę.
Lecz zamiast niej poczuł twarde drewniane paciorki, gdy wkraczał na zaplecze. Wstrzymał oddech, gdy zdał sobie sprawę z tego, że niewiele się tutaj zmieniło. Zupełnie tak, jakby wyszedł od Garricka wczoraj. Ostrożnie wypuścił powietrze z płuc, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to miejsce było dla niego bardziej domem, niż deski rodowego teatru.
— Ja... Proszę, wybacz mi, że jestem tak niezręczny, ja po prostu... po prostu nie wiem, co mam ci powiedzieć, Garry. Wiem, że zjawianie się tutaj po latach jest takie bezczelne i zrozumiem, jeśli tak naprawdę nie chcesz mnie widzieć, ale... Bardzo, bardzo chciałem cię zobaczyć — zebrał się wreszcie na odwagę i wrzucił z siebie to, co cisnęło mu się na usta od dłuższego czasu.
Nie zniszczy życia Garrickowi Ollivanderowi.
Postanowił to w chwili, w której dowiedział się o istnieniu jego żony i dzieci. W wielu kwestiach był niesłowny, wielu ludzi zawiódł i zostawił za sobą dziesiątki spalonych mostów (wbrew pozorom ogień je trawiący nie oświetlił mu dalszej drogi), ale tę jedną jedyną rzecz doprowadził do końca. Udawał więc, że nie zauważa tego, jak różdżkarz wstrzymuje oddech na jego widok, że nie widzi jak długo mu się przygląda, a jego oczy wypełnia blask. Było to w pewien sposób okrutne, lecz Laurence był przekonany, że dzięki trzymaniu Garricka na dystans, ochroni go przed czymś, czego będzie później żałował. A przecież tak bardzo mu na nim zależało.
Ale Selwyn bywał też zachłanny.
Natychmiast pożałował swej butności, nakazującej mu udać się z zepsutą różdżką prosto do Ollivandera. Nie miał prawa wtrącać się w jego życie, wdzierać się w nie z gwałtownością równej tej, z którą się od niego odciął. Zniknął z dnia na dzień, pozostawiając po sobie jedynie zapomniany parasol w przedpokoju i bilety na sztukę, na którą ostatecznie się nie wybrali przez jego nagły wyjazd. Czy zabrał kogoś innego? Swoją córkę? A może...? Oczywiście, powinien wziąć pod uwagę taki scenariusz. Garrick nie miał obowiązku na niego czekać, zwłaszcza, że Laurence nie dał mu najmniejszego choćby znaku, że chciałby, aby na niego poczekał.
Zawsze był odrobinę dramatyczny. Trudno było mu takim nie być, gdy całe jego życie przypominało tragikomedię zamkniętą w trzech aktach. Właśnie otwierał się przed nim ostatni.
Przełknął nerwowo ślinę. Czy zaraz za plecami różdżkarza nie wyrośnie męska sylwetka, czyjaś dłoń nie zaciśnie się kojąco na jego ramieniu, a spojrzenie Selwyna spotka się z wrogością w cudzych oczach? A jeśli będzie to kobieta? To jawiło mu się jako coś znacznie gorszego - oznaczało bowiem, że przez wszystkie lata tęsknił za kimś, kto był dla niego całkowicie niedostępny. Że plotki (życzliwi ludzie są w stanie donieść wszystko) okazały się jedynie złośliwymi pomówieniami, a on tylko się ośmieszył, marząc o jego uśmiechu podczas samotnych nocy, gdy wpatrywał się w zacieki na suficie nowojorskiego mieszkania.
Za co? Poruszył się niespokojnie. Nie był gotowy na to pytanie; nie był gotów na rachunek sumienia i rozliczenie z przeszłością. Za wszystko, co zrobiłem i czego nie miałem odwagi zrobić, chciał odpowiedzieć, jednak Garrick, jak gdyby wiedział (on zawsze wiedział, zdawał się czytać z niego jak z otwartej księgi), natychmiast siuę wycofał, a ciało Selwyna natychmiast się rozluźniło.
— Z przyjemnością, oczywiście jeśli to nie jest dla ciebie żaden problem — odparł już nieco pewniej, ze słabym uśmiechem majaczącym na jego wargach. Ollivander był tuż obok; zdawało mu się, że czuje ciepło bijące od jego ciała, gdy wymijał go, aby zamknąć sklep, że znów czuje jego zapach, że znów pocą mu się dłonie i drżą palce, gdy myśli o tym, by znów go dotknąć, by poczuć jego miękką skórę.
Lecz zamiast niej poczuł twarde drewniane paciorki, gdy wkraczał na zaplecze. Wstrzymał oddech, gdy zdał sobie sprawę z tego, że niewiele się tutaj zmieniło. Zupełnie tak, jakby wyszedł od Garricka wczoraj. Ostrożnie wypuścił powietrze z płuc, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to miejsce było dla niego bardziej domem, niż deski rodowego teatru.
— Ja... Proszę, wybacz mi, że jestem tak niezręczny, ja po prostu... po prostu nie wiem, co mam ci powiedzieć, Garry. Wiem, że zjawianie się tutaj po latach jest takie bezczelne i zrozumiem, jeśli tak naprawdę nie chcesz mnie widzieć, ale... Bardzo, bardzo chciałem cię zobaczyć — zebrał się wreszcie na odwagę i wrzucił z siebie to, co cisnęło mu się na usta od dłuższego czasu.
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat