20.11.2023, 16:29 ✶
– Poćwicz ją lepiej w lesie. Poza tym jestem więcej niż pewna, że taki szczur nie jest ani trochę smaczny – zapewniła Brenna, rozglądając się po mieszkaniu. To mogła doprowadzić do porządku względnie szybko, ale wiedziała, że jako prawdziwa lokacja to miejsce będzie mogło im służyć najwcześniej na jesieni. Lato będzie raczej czasem przygotowywania go do użytku. – Tak, ale wtedy automatycznie to miejsce pojawi się w ministerialnych rejestrach, przypisane do mojego nazwiska. A po tym, jaki wywiad dał Erik, może to wzbudzić zainteresuje nieodpowiednich osób. Jeżeli ma to być „tajna” kryjówka, powinna być… cóż, tajna. To, że nikt poza garstką osób nie będzie wiedział o jej istnieniu, że pojawiać będziemy się tutaj tylko teleportując przed progiem, jest najlepszym zabezpieczeniem. Jeżeli będzie możliwość transportowania kogoś siecią Fiuu, równie dobrze można przerzucić go do Warowni.
Skrzywiła się lekko, kiedy Bones wspomniała o teleportacji łącznej. Niby wiedziała, że nikt nie może potrafić wszystkiego, ale świadomość własnych ograniczeń w ostatnim czasie doskwierała jej bardziej niż kiedykolwiek. Nie miała czasu ćwiczyć tych cholernych fal. A już na pewno nie nadawała się do teleportacji łącznej – była po prostu za kiepska w zaklęciach translokacyjnych. I z jednej strony niby była tylko człowiekiem, nie dało się potrafić wszystkiego, z drugiej w takich momentach była na siebie zła, że z czymś nie daje rady.
– Obawiam się, że w przypadku teleportacji łączonej pozostaje nam dalej zdawać się na Thomasa i Julesa. Jeżeli próbowałabym kogoś przetransportować, to pewnie bym go rozszczepiła – westchnęła, po czym skierowała się ku oknu. Otworzyła je, by przewietrzyć wnętrze, w którym panował lekki zaduch. – Mówiąc szczerze: nie. Zupełnie się na tym nie znam? To kolejna rzecz, którą zajmą się mugolscy fachowcy… znalazłam parę ogłoszeń w gazetach…
Brenna umilkła, zapatrzona gdzieś przed siebie, w niebo ponad budynkami, zabarwione przez zachodzące słońce czerwienią i złotem. Wspomnienie, natarczywe, zapomniane, wdarło się do jej głowy: zupełnie tak samo, jak w Górach Kaledońskich, u boku Erika. Tyle że tym razem nie było ani trochę przyjemne czy pełne radości. Podparła palce o parapet, domagający się odnowienia, i nie odpowiedziała od razu na kolejne słowa Mav, które przeleciały gdzieś pomimo jej uszu – gdy wsłuchiwała się w inne głosy, z przeszłości. Gdy przez moment nie słyszała tak naprawdę Bones, zgiełku londyńskiej ulicy, nie widziała budynków, a sięgała po dłoń umierającej babki.
Zacisnęła na moment powieki, wczepiając się w to wspomnienie, bo chociaż było pełne bólu, należało do niej.
Zakończenie.
Wszystko się kiedyś kończy, prawda Bren?
Skrzywiła się lekko, kiedy Bones wspomniała o teleportacji łącznej. Niby wiedziała, że nikt nie może potrafić wszystkiego, ale świadomość własnych ograniczeń w ostatnim czasie doskwierała jej bardziej niż kiedykolwiek. Nie miała czasu ćwiczyć tych cholernych fal. A już na pewno nie nadawała się do teleportacji łącznej – była po prostu za kiepska w zaklęciach translokacyjnych. I z jednej strony niby była tylko człowiekiem, nie dało się potrafić wszystkiego, z drugiej w takich momentach była na siebie zła, że z czymś nie daje rady.
– Obawiam się, że w przypadku teleportacji łączonej pozostaje nam dalej zdawać się na Thomasa i Julesa. Jeżeli próbowałabym kogoś przetransportować, to pewnie bym go rozszczepiła – westchnęła, po czym skierowała się ku oknu. Otworzyła je, by przewietrzyć wnętrze, w którym panował lekki zaduch. – Mówiąc szczerze: nie. Zupełnie się na tym nie znam? To kolejna rzecz, którą zajmą się mugolscy fachowcy… znalazłam parę ogłoszeń w gazetach…
Brenna umilkła, zapatrzona gdzieś przed siebie, w niebo ponad budynkami, zabarwione przez zachodzące słońce czerwienią i złotem. Wspomnienie, natarczywe, zapomniane, wdarło się do jej głowy: zupełnie tak samo, jak w Górach Kaledońskich, u boku Erika. Tyle że tym razem nie było ani trochę przyjemne czy pełne radości. Podparła palce o parapet, domagający się odnowienia, i nie odpowiedziała od razu na kolejne słowa Mav, które przeleciały gdzieś pomimo jej uszu – gdy wsłuchiwała się w inne głosy, z przeszłości. Gdy przez moment nie słyszała tak naprawdę Bones, zgiełku londyńskiej ulicy, nie widziała budynków, a sięgała po dłoń umierającej babki.
Zacisnęła na moment powieki, wczepiając się w to wspomnienie, bo chociaż było pełne bólu, należało do niej.
Zakończenie.
Wszystko się kiedyś kończy, prawda Bren?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.