Don't know how much longer I can keep this down
To było przerażające. Nie list, jaki otrzymał, a to, co działo się 24 czerwca. Te cienie, które zalęgły się koło jego domu i które znowu zduszały jego serce i doprowadzały je do mocniejszego bicia. Do palpitacji. Edward bardzo chciał go zatrzymać na dłużej w Keswick, może nawet chciał go zatrzymać na dobre. Czy ten morderca to była tylko wymówka? Oglądał się ciągle z niepokojem za plecy i pytał samego siebie - czy to wymówka. Czy Edwardowi naprawdę zależało aż tak, czy może jednak chciał po prostu mieć znowu obok siebie syna, żeby ustawić go do odpowiedniego pionu? Ostrzyc jak nożycami traktuje się krzew, by przybierał odpowiednią formę ze swoimi liśćmi. Nie pozwolono mu rosnąć dziko w ogrodzie, który był dopracowany do perfekcji, do jednego milimetra. Tak i on na dzikiego wyrosnąć nie mógł. Wystarczy już tego bawienia się w rezerwat, biegania po świecie. Dość mieszkania na drugim krańcu świata, skoro to właśnie w tamtym łóżku nawiedziło go niebezpieczeństwo, które wypruło jego żyły. Nigdy nie chciał umierać. Kto by chciał? Na bogów wszelkich - kto chciałby postradać to, co najcenniejszego nosiliśmy? Nie chciał umierać - więc spoglądał za plecy. I chociaż miał ciągle to absurdalne wrażenie, że ktoś go obserwuje, że jakiś cień snuje się za jego plecami - nikogo (ani niczego) za nim nie było. Znał już to wrażenie, nie było mu obce - więc nie pozwolił sobie na to, żeby zostawał sam. Pytanie, świetne pytanie, jak chronić się przed kimś, kto napastuje cię podczas snu? Atakuje i nie zostawia po sobie żadnego śladu, żadnej obecności. Ktoś, na kogo niczego nie mogli poradzić aurorzy, nawet tacy bliscy jak Atreus Bulstrode czy Victoria Lestrange. Jeśli oni nie mogli - to kto mógł? To pytanie dręczyło nie tylko jego, ale również Edwarda Prewetta. Przyjęcie, że ojciec chciał dla niego dobrze, jak najlepiej - tak, wiedział o tym. Wiedział też jednak o tym, że jego "jak najlepiej" niekoniecznie pokrywało się z jego pojęciem tego, co będzie naprawdę dobre. Czego potrzebował. Bo to, czego chciał traciło zupełnie na znaczeniu w obliczu tego, jaką wizję miał przed sobą Edward.
Sen przyszedł mu z trudem. Zasnął dopiero po dwóch godzinach modlenia się do poduszki i zwijania w kłębek. Nie wiedział, co dokładnie trzymał w rękach nieznajomy mężczyzna, którego dojrzał we śnieg. Mógł podyktować jego wygląd, mógł go wyśpiewać swoim syrenim głosem, zapamiętał go bardzo dokładnie. Jego spojrzenie - niemalże ojcowskie. Dziwne, ale wcale się nie bał. Leżał na swoim łóżku i nie bał się tego nieznajomego, który zapewnił go, że teraz już wszystko będzie dobrze. Skinął posłusznie głową. Bo jeśli on o tym zapewniał, to chyba musiała być prawda, tak..? Słowa o tym, że "na jakiś czas da ci spokój" sprawiły, że się przebudził. Z jakimś poczuciem pustki wokół, kiedy wpatrywał się w otworzone okno. Wczorajszej nocy było zamknięte.
Alexander wiedział już, jak radzić sobie z atakami jego paniki. Nie nastrajało go to optymistycznie na spotkanie z matką.
Spoglądał na swoje odbicie w lustrze z pustym, zmęczonym wzrokiem. Przesuwał palcami po nagiej skórze, po bliznach, które go szpeciły. Co by powiedział Edward, gdyby je zobaczył? Co by powiedziała Aydaya? Czy byłby wart cokolwiek, taki brzydki, chudy, słaby? Czy byłby jak ten abraksan, który nie wygrał żadnego wyścigu i nie był wystarczająco piękny, żeby był cokolwiek wart? Rzucił zaklęcie transmutacji, co robił regularnie, na swoje pojedyncze siwe włosy, na każdą z tych blizn, na swoją twarz, żeby nie wyglądała na tak zmęczoną. Perfekcja. Nie mógł być niczym mniej. Po prostu nie było takiej możliwości. Ubrał się elegancko, w letnią koszulę o barwie bieli i prasowane w kant spodnie do garnituru. Dobrał minimalistyczne, złote dodatki i skierował się do kominka. Darował sobie śniadanie tego dnia, choć nie sądził, żeby był w stanie zjeść ten wspaniały lunch, na jaki został zaproszony.
Wyłonił się z kominka w zamku w Keswick i pozwolił poprowadzić majordomusowi do miejsca, w którym Aydaya zażyczyła sobie spożycie lunchu. Nie miał najmniejszej ochoty na spotkanie z nią, na jedzenie z nią, a tym bardziej na rozmowy o jej urodzinach i o tym, jaka będzie to wspaniała uroczystość. Kochał przyjęcia. Ale teraz nie miał ochoty myśleć o żadnym z nich. Poprawił delikatnie wiązaną chustkę pod kołnierzem, przejrzystą, mieniącą się lazurem, kiedy jego oczy dojrzały materiał chroniący przed słońcem - chyba dla samego efektu, bo przecież Aydaya była jak kot. Kochała słońce i mogłaby się w nim wylegiwać, jej skóra go łaknęła i go potrzebowała. Tak jak słońce kochało ją. Wystarczyło spojrzeć na jej karnacje, na ciemne włosy, które sprostałyby boskim wymogom, gdyby Zeus zechciał szukać nowej Afrodyty. Istota nadziemska, bo przecież żadnej innej nie pokochałby Edward Prewett. Kobieta, którą chciał nazywać mamą, w końcu nazywał ją matką, a teraz zazwyczaj już zwracał się do niej po imieniu. Jaki kolor wstążki łączył ich? Który aurowidz byłby w stanie im to powiedzieć? Jakie kolory przeplatały się przez ich aury, kiedy zbliżał się spokojnym krokiem, wyprostowany, jakby doskonale przynależał do tego miejsca i mógł być jego panem? Niczym w tamtej chwili, kiedy Edward zaprosił go, żeby usiadł na jego tronie, za biurkiem, za którym decydowano o losach Prewettów. I malutkiej cząstce świata, której pieniądze mielono na tym legalnym i mniej legalnym rynku.
- Dzień dobry, Aydayo. - Spojrzały na nią oczy kobiety, która dawno było pogrzebana pod ziemią - ale zostawiła coś po sobie. Po sobie i swojej miłości z Edwardem Prewettem. Nie było w nich uśmiechu, nie było miłości, nie było gniewu. Była za to uwaga. Nawet wymusił swoje wargi do tego, żeby się uśmiechnąć, ale tylko krótko i delikatnie. - Dziękuję za zaproszenie, zaintrygowało mnie, czego potrzebujesz od mojej osoby w związku z twoimi urodzinami. - Zajął wolne miejsce po przywitaniu się, spoglądając na stół. Bo wolał chwilowo skupiać spojrzenie na nim niż na samej kobiecie. - Miło spędziłaś czas w Turcji?