A jednak. Catherine tutaj była. Kiedy, kiedy..! Nie chciał skakać gwałtownie po tych informacjach, nie chciał biegać z nią jak oszalały, chociaż poczuł lekkie napięcie, jakby jego to jego serce się napinało. Ktoś mądrzejszy niż on z biologii powiedziałby mu, że tak się nie da, ale pechowo Cain nie miał okazji wleźć nigdy do głowy żadnego lekarza. Ten wieczór. Zmierzch... Zmierzch? Skupił się na sowie. Na tym, jak wyglądała, może jak się nazywała, może dokąd leciała, może komu służyła? Może tę sowę dało się prześledzić? Przesunął się po informacjach i obrazach i stało się dla niego aż zbyt jasne, że uwalnianie jej spod wpływu innego zaklęcia zauroczenia i robienia porządku z jej głową będzie musiało poczekać.
Oderwał się od jej głowy i w zasadzie w tym samym momencie specyficzny dźwięk teleportacji dotarł do jego uszu. Obrócił się w stronę okna. Z ciemnej kuchni, w której Bletchley światła nie zapalał, doskonale było widać oświetlone latarniami sylwetki. Jedna zbita żarówka błagała, żeby na nią nadepnąć i dobić jej zwłoki, zanim zrobi to jeden z imprezujących zostawiając po tym dobijaniu ślady krwi. Dobicie, które nie obejdzie się bez ofiary. Owszem, nie miał problemów ze zrozumieniem, co się stało. Sowa miała wystarczająco czasu, żeby dolecieć i przekazać odpowiednie informacje.
Cain rzucił się w kierunku bocznego okna (nie od ulicy), żeby je otworzyć i przez nie wyskoczyć na bok budynku (z parteru, nie z piętra, to nie była sztuka latania). Rzucanie zaklęć z domu byłoby wygodne, ALE narażałoby dziecko i kobietę. Więc przecież zupełnie odpadało. Będzie musiał wrócić do nich później. Chyba że nie przyjdzie mu wracanie do nikogo. Wyłażenie przez okno niekoniecznie należało do najlepszych zabaw jego życia, a akrobatą by się nie nazwał - z najbardziej akrobatycznych sztuczke mógłby zajebać Magika co najwyżej. Taka sztuczka życia, bardzo dosłownie. Podszedł do rogu budynku i przez moment przyglądał się postaciom w półmrokach nocy. Poczekał. Na ich ruch, na to, co zrobią, czy podniosą różdżki. Jeśli szli po kolei - wymierzył zaklęcie w ostatniego, a jeśli nie to w któregokolwiek. Lub jeśli nie szli w ogóle to rzucił zaklęcie na tego, który pierwszy różdżkę wzniósł. Żeby przejąć nad nim kontrolę i nakazać mu poczęstowanie swojego kompana zaklęciem paraliżującym. Zamiast robienia... cokolwiek on tam chciał robić.
Sukces!
Sukces!