21.11.2023, 02:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.11.2023, 04:11 przez Lorraine Malfoy.)
Co innego pozostało Lorraine, jeżeli nie słodka manipulacja? Większość swojego życia spędziła na udawaniu kogoś więcej, kogoś, kim nie jest, dopóki przestała odróżniać kłamstwo od prawdy, a sztuczny wizerunek – kreowany przez lata – od prawdziwej siebie. Maeve była idealnym fałszerzem: nie tyle zmieniała twarze tak, jakby to były maski, ale i wczuwała się w drugą osobę, tak, że stawała się niemalże perfekcyjnym klonem, nie do rozpoznania pod charakteryzacją. Jeżeli Maeve była aktorką idealną – nie do rozpoznania po kolejnej metamorfozie, to Lorraine była odtwórczynią tylko jednej roli – w nieskończoność grała najbardziej idealną wersję siebie. And they were roomates.
- Och, Maeve… – westchnęła cichutko, acz nieco perfidnie, zamiast dalej wyśmiewać nieuwagę przyjaciółki. W końcu, nade wszystko, lubiła zadowalać wszystkich dookoła siebie, a kiedy Maeve wpatrywała się w nią oczami z poszerzonymi źrenicami, błyszczącymi z zachwytu jak gwiazdy na niebie… Przypominały jej takie brokatowe naklejki-gwiazdki, które dostawali na lekcjach wróżbiarstwa, jeżeli dobrze wykonali jakieś zadanie. Oczywiście, Lorraine musiała mieć je wszystkie, ponieważ musiała wygrać. W tym przypadku, czuła, że musi wygrać w „uwodzenie Maeve”, ewentualnie w „przyjazne interakcje międzyludzkie” (synonimy).
Taką już miała naturę.
Pół życia spędziła rozpaczając, że jest niczym, poczucie wartości znajdując jedynie w przerażającej ambicji, przerastającej nawet jej chuć; drugie pół tkwiła przed lustereczkiem, studiując każdy milimetr swojej twarzy w przeświadczeniu, że przynajmniej każdy ją chce. Pragnęła uwagi, a jednocześnie nienawidziła maślanych spojrzeń orbitujących wokół niej obleśnych facetów, którzy widzieli w niej tylko kogoś, kogo mogliby wykorzystać; z drugiej strony, czuła, że nie istnieje, kiedy ktoś na nią nie patrzy.
Ale przecież nie mogła zaprzeczyć, i powiedzieć, że nie lubi sposobu, w jaki spojrzenie Maeve krąży od jej oczu w dół, do ust, i z powrotem w górę, jakby chciała powiedzieć, że Lorraine ma ślady szminki na zębach – i że ona chętnie rozdzieli tę nadmiarową pomadkę z jej warg na dwie osoby. Dlaczego Malfoy miałaby się nie cieszyć z jej uwagi? Lubiła uśmiech Changówny; to, że nigdy nie bała się mówić tego, co myśli, nieważne, jakie miałoby to mieć konsekwencje, a także to, że w jej oczach – niezależnie od tego, jaki miały aktualnie kolor – zawsze tkwiło pełne jakiejś szalonej dumy wyzwanie… I może coś więcej, chociaż dopuszczała do siebie tę myśl tylko wtedy, kiedy włosy Maeve łaskotały ją w nos, i szybko odsuwała ją gdzieś na samo dno umysłu, kiedy ta w ogóle nie słuchała, co się do niej mówi.
Bo byłoby trochę głupio, gdyby okazało się, że jednak jej zależy.
Czasem trudno było udawać obojętność; zwłaszcza, gdy z uporem maniaka wpatrywała się w oblicze panny Chang, jakby grała obsesyjnie w „znajdź różnice”, i to czasem tak intensywnie, że aż skakały jej kurwiki w oczach, bo nie mogła stwierdzić, czy ta najciemniejsza kropka na prawej tęczówce Maeve zawsze tam była, czy to tylko gra światła!!!
Bo kiedy Maeve podziwiała, Lorraine analizowała.
W n-i-e-s-k-o-ń-c-z-o-n-o-ś-ć.
– Czy ładna...? – Lorraine powtórzyła powoli, jak gdyby słowa Maeve ją zaskoczyły. Bezbarwny, bezpieczny ton.
To jakaś kurwa z Horyzontalnej, więc pewnie ma mniejszy przebieg niż pierwsza lepsza kurwa z Nokturnu, do tego wszystkie klepki ma na swoim miejscu, niebagatelna zaleta, prawda?, i – co najważniejsze – też ma blond włosy, chociaż jej wyglądają jak świeżo zsikana słoma, a nie płynne złoto… To znaczy, że chyba jest w twoim typie, co, skarbie, czy potrzebujesz jednak kogoś takiego jak ja, kogoś bardziej żałosnego i zdesperowanego od pospolitej szmaty, którą wysługuje się jakiś nędzny ćpun? Myślisz, że byłaby lepsza ode mnie, że byłoby ci tak samo dobrze, nie, lepiej, kiedy…
Czasem tak kurewsko łatwo było udawać obojętność.
– Och, tak. Niebrzydka. – Nonszalancją pokryła irracjonalny gniew, który zgasł tak szybko, jak zapłonął.
Nie zerwała kontaktu wzrokowego z Maeve. Nie wyswobodziła swojej ręki splecionej z jej ramieniem. Tylko zamrugała trochę zbyt gwałtownie.
Chang nie zasługiwała na jej dziecinny wybuch. Nie były już uczennicami, które kłóciły się o to, kto zatrzasnął drzwi schowka na miotły… Kiedyś wystarczyło, że nauczyły się chodzić po polach minowych swoich charakterków, licząc na to, że w razie pomyłki, trafią co najwyżej na niewybuch.
Teraz… Lorraine miała wrażenie, że od kiedy ich relacja stała się bardziej intymna – i bardziej nieprzewidywalna zarazem – musiały kompletnie na nowo zbadać swoje granice. Te zawsze były dla nich czymś płynnym, na dobre jednak rozmyły się niczym ich odbicia w tafli jeziora, kiedy to obie wymknęły się z zamku po zmroku pewnej letniej nocy i przypadkiem spadły z pomostu, próbując zerwać lilie wodne. Lorraine przez lata zdążyła się przyzwyczaić, że twarz Maeve potrafiła rozmywać się jak miraż nie tylko w jej fantazjach; Maeve zdążyła już wymyślić co najpierw dziesięć żartów o tym, że wile nie powinny się złościć, bo złość piękności szkodzi!!!
A co do żartów… Lorraine zmarszczyła nosek, kiedy zobaczyła, jak Sergiei razem z kwiaciarką, która widocznie odrzuciła jego zaloty, komponuje najbrzydszy bukiet, jaki w życiu widziała, i tylko pokręciła głową, wymieniając z Maeve porozumiewawcze spojrzenie, które było bardziej wymowne niż poemat chryzantemy złociste.
A potem usłyszała nie przejmuj się, dla ciebie zawsze znajdę czas, i poczuła, jak jej serce zastygło na chwilę w piersi, omijając jedno uderzenie, by zaraz z całą mocą rozbić się o klatkę z żeber, wiecznie wstrzymującą biedne serduszko przed radością z podobnych uniesień.
Przestraszyła się, że zaraz dostanie reakcji alergicznej od motylków w brzuchu.
– Jak chcesz się zmienić w Sergieja i sobie ulżyć, zaczekam.
Słowa wydostały się z jej ust, zanim zdążyła je powstrzymać; jedwabiste, ociekające słodyczą. Jej przeklęte wyrachowanie zawsze stało na drodze dobrym rzeczom w jej życiu: prędzej czy później, zawsze trzeba było wyrównać bilans słodkości i goryczy jakimś okrutnym żartem. Tylko że nie wiedziała, czy żart miał zaboleć Maeve, czy ją.
– Bo widzisz, ja też zawsze mam dla ciebie czas, Maeve – dodała już miękko, opierając się głową o jej ramię, bez sztucznego słodzika lukrującego pojedyncze słowa; słodkie było tylko jej cichutkie westchnienie, które powędrowało tylko do uszka Mewy.– Co to, wróżba? Co ci przepowiadają? – zainteresowała się żywo, zerkając przyjaciółce przez ramię. Uśmiechnęła się przelotnie do obsługującej je kobiety ze stoiska. Uwielbiała wszystko, co ezoteryczne i związane z wróżbiarstwem, i wstyd przyznać, ale zawsze sprawdzała horoskop dla par dla ich znaków…
– Słuchaj, skarbie, czy metamorfomagowie mogą wyczarowywać sobie trzecie oko? Bo potrzebuję pocieszenia… Rady? Od jakiegoś duchowego przewodnika.
Musnęła ustami policzek Maeve, zanim sama przyjęła od niej kawałek ciasteczka, które chrupała jednak bez entuzjazmu, zastanawiając się, jak ująć swoje wątpliwości w słowa.
– Sauriel Rookwood. – Obawiała się reakcji Maeve: nie wiedziała, czy gorszy byłby śmiech, konsternacja, czy przerażenie, bo takie opcje zakładała. – Wiem, bardziej irytujący niż cała ta trójka, którą wymieniłaś, razem wzięta. Wspominałaś, że dalej się przyjaźnicie… Dlatego to pewnie zabrzmi dziwnie. – Zerknęła ostatni raz na Sergieja, czy ten na pewno nigdzie się nie wybiera, a kiedy włosy Changówny połaskotały ją w policzek… Zdecydowała się na szczerość. – Boję się, że popełniłam błąd, Mae. Po raz pierwszy od dawna boję się, a jednocześnie jestem dziwnie spokojna. Maeve, powiedz mi, że dobrze zrobiłam.
- Och, Maeve… – westchnęła cichutko, acz nieco perfidnie, zamiast dalej wyśmiewać nieuwagę przyjaciółki. W końcu, nade wszystko, lubiła zadowalać wszystkich dookoła siebie, a kiedy Maeve wpatrywała się w nią oczami z poszerzonymi źrenicami, błyszczącymi z zachwytu jak gwiazdy na niebie… Przypominały jej takie brokatowe naklejki-gwiazdki, które dostawali na lekcjach wróżbiarstwa, jeżeli dobrze wykonali jakieś zadanie. Oczywiście, Lorraine musiała mieć je wszystkie, ponieważ musiała wygrać. W tym przypadku, czuła, że musi wygrać w „uwodzenie Maeve”, ewentualnie w „przyjazne interakcje międzyludzkie” (synonimy).
Taką już miała naturę.
Pół życia spędziła rozpaczając, że jest niczym, poczucie wartości znajdując jedynie w przerażającej ambicji, przerastającej nawet jej chuć; drugie pół tkwiła przed lustereczkiem, studiując każdy milimetr swojej twarzy w przeświadczeniu, że przynajmniej każdy ją chce. Pragnęła uwagi, a jednocześnie nienawidziła maślanych spojrzeń orbitujących wokół niej obleśnych facetów, którzy widzieli w niej tylko kogoś, kogo mogliby wykorzystać; z drugiej strony, czuła, że nie istnieje, kiedy ktoś na nią nie patrzy.
Ale przecież nie mogła zaprzeczyć, i powiedzieć, że nie lubi sposobu, w jaki spojrzenie Maeve krąży od jej oczu w dół, do ust, i z powrotem w górę, jakby chciała powiedzieć, że Lorraine ma ślady szminki na zębach – i że ona chętnie rozdzieli tę nadmiarową pomadkę z jej warg na dwie osoby. Dlaczego Malfoy miałaby się nie cieszyć z jej uwagi? Lubiła uśmiech Changówny; to, że nigdy nie bała się mówić tego, co myśli, nieważne, jakie miałoby to mieć konsekwencje, a także to, że w jej oczach – niezależnie od tego, jaki miały aktualnie kolor – zawsze tkwiło pełne jakiejś szalonej dumy wyzwanie… I może coś więcej, chociaż dopuszczała do siebie tę myśl tylko wtedy, kiedy włosy Maeve łaskotały ją w nos, i szybko odsuwała ją gdzieś na samo dno umysłu, kiedy ta w ogóle nie słuchała, co się do niej mówi.
Bo byłoby trochę głupio, gdyby okazało się, że jednak jej zależy.
Czasem trudno było udawać obojętność; zwłaszcza, gdy z uporem maniaka wpatrywała się w oblicze panny Chang, jakby grała obsesyjnie w „znajdź różnice”, i to czasem tak intensywnie, że aż skakały jej kurwiki w oczach, bo nie mogła stwierdzić, czy ta najciemniejsza kropka na prawej tęczówce Maeve zawsze tam była, czy to tylko gra światła!!!
Bo kiedy Maeve podziwiała, Lorraine analizowała.
W n-i-e-s-k-o-ń-c-z-o-n-o-ś-ć.
– Czy ładna...? – Lorraine powtórzyła powoli, jak gdyby słowa Maeve ją zaskoczyły. Bezbarwny, bezpieczny ton.
To jakaś kurwa z Horyzontalnej, więc pewnie ma mniejszy przebieg niż pierwsza lepsza kurwa z Nokturnu, do tego wszystkie klepki ma na swoim miejscu, niebagatelna zaleta, prawda?, i – co najważniejsze – też ma blond włosy, chociaż jej wyglądają jak świeżo zsikana słoma, a nie płynne złoto… To znaczy, że chyba jest w twoim typie, co, skarbie, czy potrzebujesz jednak kogoś takiego jak ja, kogoś bardziej żałosnego i zdesperowanego od pospolitej szmaty, którą wysługuje się jakiś nędzny ćpun? Myślisz, że byłaby lepsza ode mnie, że byłoby ci tak samo dobrze, nie, lepiej, kiedy…
Czasem tak kurewsko łatwo było udawać obojętność.
– Och, tak. Niebrzydka. – Nonszalancją pokryła irracjonalny gniew, który zgasł tak szybko, jak zapłonął.
Nie zerwała kontaktu wzrokowego z Maeve. Nie wyswobodziła swojej ręki splecionej z jej ramieniem. Tylko zamrugała trochę zbyt gwałtownie.
Chang nie zasługiwała na jej dziecinny wybuch. Nie były już uczennicami, które kłóciły się o to, kto zatrzasnął drzwi schowka na miotły… Kiedyś wystarczyło, że nauczyły się chodzić po polach minowych swoich charakterków, licząc na to, że w razie pomyłki, trafią co najwyżej na niewybuch.
Teraz… Lorraine miała wrażenie, że od kiedy ich relacja stała się bardziej intymna – i bardziej nieprzewidywalna zarazem – musiały kompletnie na nowo zbadać swoje granice. Te zawsze były dla nich czymś płynnym, na dobre jednak rozmyły się niczym ich odbicia w tafli jeziora, kiedy to obie wymknęły się z zamku po zmroku pewnej letniej nocy i przypadkiem spadły z pomostu, próbując zerwać lilie wodne. Lorraine przez lata zdążyła się przyzwyczaić, że twarz Maeve potrafiła rozmywać się jak miraż nie tylko w jej fantazjach; Maeve zdążyła już wymyślić co najpierw dziesięć żartów o tym, że wile nie powinny się złościć, bo złość piękności szkodzi!!!
A co do żartów… Lorraine zmarszczyła nosek, kiedy zobaczyła, jak Sergiei razem z kwiaciarką, która widocznie odrzuciła jego zaloty, komponuje najbrzydszy bukiet, jaki w życiu widziała, i tylko pokręciła głową, wymieniając z Maeve porozumiewawcze spojrzenie, które było bardziej wymowne niż poemat chryzantemy złociste.
A potem usłyszała nie przejmuj się, dla ciebie zawsze znajdę czas, i poczuła, jak jej serce zastygło na chwilę w piersi, omijając jedno uderzenie, by zaraz z całą mocą rozbić się o klatkę z żeber, wiecznie wstrzymującą biedne serduszko przed radością z podobnych uniesień.
Przestraszyła się, że zaraz dostanie reakcji alergicznej od motylków w brzuchu.
– Jak chcesz się zmienić w Sergieja i sobie ulżyć, zaczekam.
Słowa wydostały się z jej ust, zanim zdążyła je powstrzymać; jedwabiste, ociekające słodyczą. Jej przeklęte wyrachowanie zawsze stało na drodze dobrym rzeczom w jej życiu: prędzej czy później, zawsze trzeba było wyrównać bilans słodkości i goryczy jakimś okrutnym żartem. Tylko że nie wiedziała, czy żart miał zaboleć Maeve, czy ją.
– Bo widzisz, ja też zawsze mam dla ciebie czas, Maeve – dodała już miękko, opierając się głową o jej ramię, bez sztucznego słodzika lukrującego pojedyncze słowa; słodkie było tylko jej cichutkie westchnienie, które powędrowało tylko do uszka Mewy.– Co to, wróżba? Co ci przepowiadają? – zainteresowała się żywo, zerkając przyjaciółce przez ramię. Uśmiechnęła się przelotnie do obsługującej je kobiety ze stoiska. Uwielbiała wszystko, co ezoteryczne i związane z wróżbiarstwem, i wstyd przyznać, ale zawsze sprawdzała horoskop dla par dla ich znaków…
– Słuchaj, skarbie, czy metamorfomagowie mogą wyczarowywać sobie trzecie oko? Bo potrzebuję pocieszenia… Rady? Od jakiegoś duchowego przewodnika.
Musnęła ustami policzek Maeve, zanim sama przyjęła od niej kawałek ciasteczka, które chrupała jednak bez entuzjazmu, zastanawiając się, jak ująć swoje wątpliwości w słowa.
– Sauriel Rookwood. – Obawiała się reakcji Maeve: nie wiedziała, czy gorszy byłby śmiech, konsternacja, czy przerażenie, bo takie opcje zakładała. – Wiem, bardziej irytujący niż cała ta trójka, którą wymieniłaś, razem wzięta. Wspominałaś, że dalej się przyjaźnicie… Dlatego to pewnie zabrzmi dziwnie. – Zerknęła ostatni raz na Sergieja, czy ten na pewno nigdzie się nie wybiera, a kiedy włosy Changówny połaskotały ją w policzek… Zdecydowała się na szczerość. – Boję się, że popełniłam błąd, Mae. Po raz pierwszy od dawna boję się, a jednocześnie jestem dziwnie spokojna. Maeve, powiedz mi, że dobrze zrobiłam.